Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 6/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 6/6. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 grudnia 2014

" Gwiazd naszych wina" John Green

„To nie nasza tylko gwiazd naszych wina”

O książce Greena było głośno już w czasie premiery. Wyjątkowo dobre opnie na goodreads, oraz miejsca w rankingach rocznych posłużyły za wystarczającą reklamę, aby w Polsce trzecia z kolei powieść amerykańskiego autora sprzedawana była z nalepką „Bestseller”. Prawdziwa greenomania zaczęła się jednak stosunkowo niedawno, bo wraz z pojawieniem się w kinach ekranizacji. Stan ten utrzymuje się do dnia dzisiejszego. Fanów przybywa niemalże proporcjonalnie do hejterów, głoszących iż nie jest to nic ponad zwykły wyciskacz łez, a ja cieszę się, że zdążyłam zapoznać się z „Gwiazd naszych wina” przed ogólnym szałem na wszystko co z greenem związane i wyrobić sobie o niej własne zdanie – nie podyktowane ogólnym zaślepieniem.

Pisanie o śmierci nie jest czymś łatwym, a pisanie o śmierci w sposób przystępny dla zwykłego czytelnika jest prawdziwym wyzwaniem. Pomimo to niektórzy pisarze nie obawiają się podjąć tego tematu. Popularność książek takich jak "Oskar i pani Róża", "Bez mojej zgody", "Zanim umrę", czy właśnie najnowsza książka Greena świadczą o tym,  że istnieje na nie zapotrzebowanie. Lęk przed śmiercią towarzyszy ludziom od początku istnienia; nie wiemy i nigdy się nie dowiemy czy istnieje inne, lepsze życie, które dane nam będzie wieść po opuszczeniu ziemskiego padołu, a może odrodzimy się w innej formie. To właśnie ta nieświadomość jest katalizatorem naszego strachu - strachu przed nieznanym. Powieści, które poruszają te trudne tematy dają możliwość oswojenia się z tą jedyną pewną rzeczą na świecie.

Hazel choruje na raka trzustki w czwartym stadium z przerzutami do płuc. Poznajemy ją, gdy w chwili depresji, za namową rodziców, udaje się na spotkanie grupy wsparcia dla młodych osób zmagających się z nowotworem. Z całą pewnością miejsce te można odbierać w sposób dwuznaczny: z jednej strony dodaje otuchy i siły do walki, poprzez swoistego typu rywalizację odbywającą się między uczestnikami, z drugiej jednak jest przygnębiające i przytłaczające przez ciągłe pojawianie się nowych twarzy zastępujących tych, którzy przegrali  i stali się jedynie kolejnymi nazwiskami wymienianymi na końcu litanii . Nic więc dziwnego, że nie jest to ulubiony sposób spędzania czasu, który jej pozostał. Jednak podczas jednego ze spotkań Hazel spotyka Augustusa – chłopaka „z zewnątrz” mającego najgorsze chwile dawno za sobą. Dalsze zdarzenia toczą się już lawinowo. Młodzi zaczynają się poznawać, zakochują w sobie, a ich miłość płynie wraz z wirem wydarzeń. Nie warto jednak oczekiwać happy endu...

 „Gwiazd naszych wina” to zasadniczo nie książka o umieraniu, lecz o życiu mimo wszystko, łapiąc każdą chwilę, jakby była tą ostatnią, wykorzystując do cna już i tak chyłkiem wykradane sekundy. Jest to niewątpliwie jedna z tych powieści po których zakończeniu robi się cieplej na sercu, po których chce się śpiewać, skakać, krzyczeć, patrzeć w niebo i dziękować za każdą sekundę.

Powieści tego typu rządzą się pewnymi prawami, które autor „Gwiazd…” bezwzględnie przestrzega. Tak więc otrzymujemy cały pakiet słodkich bohaterów, przejętych rodziców, miłych lekarzy i pielęgniarek, oraz zatroskanych rodziców. Każdy element z osobna mógłby przyprawić o zacukrzenie organizmu, połączone razem – o coś znaczenie gorszego. Całość tworzy jednak uroczy obrazek i bynajmniej nie przeszkadza. W końcu bohaterowie borykają się z problemami, które doskonale wyważają ten sielski obrazek.

Hazel i Gus są jednak w jakiś lekko przesłodzony sposób prawdziwi. Wyalienowani przez swoją chorobę, potrzebujący drugiej osoby, zdający sobie sprawę, że żyją dzięki chwilom wykradzionym losowi. Każde z nich z sytuacją, którą zgotowało im życie radzi sobie w inny sposób – Hazel, godząc się z tym co nieuniknione i próbując odejść bez zbędnego zamieszania, Gus próbując paznokciami wydrapać swoje imię w świadomości innych. To co sprawia, że nie mamy do czynienia jednak z postaciami dramatycznymi, ciągle użalającymi się nad losem i całym złem świata to ich dystans do siebie i swojej choroby. W gruncie rzeczy książka, o dziwo, nie jest utrzymana w podniosłym tonie – wręcz przeciwnie - okraszona jest sporą dawką humoru, będącą siłą tej książki. Hazel, która ochrzciła swoją butlę tlenową dumnym imieniem Phillip, ironiczne wspominanie o „bonusach rakowych”, to w jakim świetle przedstawiają nowotwór, dość wisielcze poczucie humoru Gusa, sprawia, iż nie jawią nam się jako ofiary, lecz osoby pełne pogody ducha. Książka stworzona jest po to aby igrać z naszymi uczuciami – pozwala nam pokochać bohaterów, utożsamić się z nimi, aby później rzucić nas na skraj emocjonalnej przepaści. Bohaterowie nie pragną zbyt wiele – tylko trochę więcej czasu, lecz my wiemy, że go nie dostaną, bo nie tak działa życie.

Schematyczność fabuły złamana jest dzięki dość dziwnemu pomysłowi autora, aby obdarzyć naszą protagonistkę pewnym niespotykanym marzeniem. Hazel chce bowiem poznać zakończenie swojej ukochanej książki „Cios udręki” – opowieści o chorej na białaczce Annie. Jej na pozór nieosiągalne pragnienie zostaje spełnione, gdy wraz z Gusem wyrusza do Amsterdamu, aby spotkać tajemniczego autora - Petera van Houtena. Muszę przyznać, że początkowo był to dla spory zgrzyt rzutujący na reszcie powieści. Wątek tak nierealny, w żaden sposób nie pasował mi do tej właśnie historii. Green, którego znakiem rozpoznawczym stały się metafory (te bardziej lub mniej wysublimowane), którymi wręcz wypchał swoją powieść, doskonale jednak wiedział jaki efekt chce uzyskać wprowadzając postać Houtena. Odpowiedź na to czy dało to zmierzony efekt jest rzeczą sporną, niezmienny pozostaje jednak fakt, że najwięcej między naszymi protagonistami dzieje się w klimatycznym Amsterdamie i nich tak zostanie.

„Gwiazd naszych wina” chciałaby uchodzić za książkę naszpikowaną głębokimi sentencjami. I choć większości z nich zarzucić można banalność, faktem pozostanie, iż niektóre z nich potrafią skłonić do chwili refleksji. Szczególnie prawdziwe wydaje się stwierdzenie umieszczone niemalże na początku książki, pozostawiający gorzki posmak na długo po odłożeniu książki na półkę – wszystkich nas czeka zapomnienie, bez względu kim jesteśmy i co uczynimy, a nasza historia umrze wraz z nami.

Z niektórymi książkami tak właśnie jest - zakorzeniają się w naszym umyśle pomimo tego, że podczas czytania nie robiły większego wrażenia. Tak było z książką Greena. Ot kolejna powieść dla nastolatków – przyjemna w odbiorze, lekko naiwna, lecz nie wyróżniająca się niczym szczególnym. Po pewnym czasie cała historia zaczyna jednak żyć w umyśle czytelnika własnym życiem. Niczym Hanzelowy „Cios udręki” tkwi na skraju podświadomości i wraca w najmniej oczekiwanych momentach.

Generalnie lubię ten rodzaj książek. To właśnie one najszybciej przypominają nam, że nie jesteśmy nieśmiertelni, a nasz czas jest ściśle określony. Można się śmiać z naiwności sentencji Greena, lecz prawdą jest, że każdy z nas ma własną „małą nieskończoność”, tylko tyle, aż tyle, i nic więcej.

Moja ocena: 6





wtorek, 9 września 2014

"Baśniarz" Antonia Michaelis

Istnieją książki, które wystarczy przeczytać tylko raz, aby historia w nich zawarta wbiła się w naszą pamięć niczym drzazga. Takie osądy nie warto wydawać jednak chwilę po przeczytaniu ostatniego zdania, gdy częścią siebie wciąż jesteśmy w świecie wykreowanym przez autora, a emocje, które nami targają są w stanie przenosić góry. Z „Baśniarzem” Antoni Michaelis miałam przyjemność zapoznać się przeszło półtora roku temu, a fakt, iż jestem gotowa po tak długim czasie napisać o nim coś spójnego upewnia mnie, iż właśnie ta powieść jest jedną z nich.

 Tak jak nie da się zaplanować najwspanialszych wspomnień tak samo nie da się przewidzieć kiedy trafi się na wyjątkową książkę. O mały włos nie minęłam się z twórczością Pani Michaelis, gdy czytając opis na okładce uznałam, że to kolejne schematyczne romansidło. Na szczęście pchnięta do działania pewną przypadkowo napotkaną recenzją postanowiłam dać jej jednak szansę.

W pewne dość ciepłe wczesnowiosenne popołudnie gdy nieśmiałe promienie słońca skrzyły się na ostatnich, już dość marnie wyglądających, śnieżnych zaspach zatopiłam się w historię Anny i Abla...

Początkowo fabuła wydaje się dość prosta i jednoznaczna. On - szkolny outsider, handlujący prochami, ona - dziewczyna z dobrego domu, zaabsorbowana zbliżającą się maturą, cicha, otoczona wąskim gronem przyjaciół. Schematycznie i mało oryginalnie. Idźmy jednak dalej. Pewnego dnia za sprawą szmacianej lalki ukrytej pod kanapą w jednej z szkolnych sal Anna i Abel po raz pierwszy nawiązują coś na kształt nic niezobowiązującej konwersacji. Właścicielką lalki okazuje się młodsza siostra chłopaka, nad którą sprawuje opiekę. Wówczas do Anny dochodzi, że ten na pozór szorstki w obyciu chłopak skrywa w sobie tą drugą - bardziej ludzką twarz. Dziewczyna zaintrygowana tym faktem postanawia śledzić tajemniczego Abla, zwanego w szkole polskim handlarzem pasmanterią. Poszukiwania (co warto zaznaczyć odbywające się na zwykłym rowerze, a nie jakąś wypasioną furą, jak to zwykle w amerykańskich wytworach bywa) doprowadzają ją do studenckiej stołówki, gdzie ukryta pod połami zwiewnego szala po raz pierwszy usłyszy baśń o Królowej Skał, której mała wyspa ulega zniszczeniu zmuszając ją tym samym do wyruszenia w pełną przygód podróż, wraz z towarzyszącym jej morsem.
 Z biegiem wydarzeń czytelnik, oraz sama Anna dowiaduje się, iż baśń jest niczym innym jak rzeczywistością przepuszczoną przez pryzmat magicznego świata. Bo jakże inaczej można wytłumaczyć sześcioletniemu dziecku, iż jej matka zniknęła bez wieści, jeśli nie poprzez nagłą katastrofę w bajkowym świecie; jak ustrzec ją przed biologicznym ojcem, pragnącym ją skrzywdzić, jeśli nie ukazując go jako potwora pragnącego wykraść serce małej królowej? Sprawy komplikują się jednak, gdy negatywne postacie zaczynają ginąć równocześnie z prawdziwymi ludźmi, na których były wzorowane.

 „Baśniarz” jest książką magiczną. Nie sposób jednoznacznie wskazać w czym tkwi jej siła; niepowtarzalnym klimacie, ukazaniem kontrastu świata, w którym granice już dawno uległy zatarciu, a może elementom baśni, która w pewnym momencie zbyt wyraźnie zaczyna przenikać do świata realnego. Jedno jest pewne, zestawienie tych czynników robi imponujące wrażenie. Autorka wprowadza czytelnika w swój świat powoli dając mu wskazówki, oraz zapowiedzi przyszłych wydarzeń zawoalowane w na pozór nic nie znaczące zdarzenia, zawarte w dedykacji, czy tekście ballady umieszczonej na początku książki.

Autorka zdaje się na każdym kroku igrać z czytelnikiem. Umieszcza swoją historię w zimowej, wręcz baśniowej scenerii, po to tylko aby tym wyraźniej ukazać brutalność świata, która dla wielu staje się areną walki o przetrwanie. Pozwala nam zasłuchać się w słowach baśni, której celem jest dotarcie do szczęśliwego zakończenia, aby po chwili brutalnie uświadomić nam, że rzeczywistość nie ma z tym obrazem nic wspólnego. 

 Wizja świata serwowana nam przez autorkę wydaje się tym bardziej dojmująca, iż obserwujemy ją oczami Anny, która przez większość życia trzymana była pod swoistego typu kloszem. Zderzenie w całkiem obcym światem, w którym obowiązują inne zasady i prawa jest więc dla niej dość niespodziewane. Życie wiedzione przez Abla, tak różne od znanego jej samej, jest dla niej czymś niezrozumiałym, lecz zarazem intrygującym. 

 Pomimo wyeksponowania tego gorszego oblicza świata, w którym granice między dobrem a złem zbyt łatwo ulegają zatarciu, książka jest niezwykle budująca. Tak samo jak skrupulatnie autorka uwydatniała brzydotę, pieczołowicie eksponowała miłość, która rozjaśnia nawet największy mrok. I nie mam w tej chwili jedynie na myśli wątku Abla i Anny, których miłość rozkwitała burząc mury i pokonując wszelkie przeszkody, lecz przede wszystkim uczucia łączącego chłopaka z jego młodsza siostrą Michi. To w jaki sposób starał się zastąpić jej jednocześnie matkę i ojca, zapewnić byt, oraz ochronić przed całym złem sprawiało, iż niejednokrotnie podczas czytania robiło się mi cieplej na duszy.

Rzadko kiedy zdarza mi się utożsamić z bohaterami powieści, iż całkowicie przejmuję ich sposób widzenia. Tak jednak stało się w przypadku „Baśniarza”. Wraz z nią do samego końca odrzucałam wszelkie poszlaki i dowody uznające Abla za winnego zabójstwa, wierząc w jego niewinność. Uwidacznia się przez to siła sugestii autorki, która sprawia, że nie obserwujemy tej historii z boku, lecz poniekąd mimowolnie stajemy się jej uczestnikami. 

 Powieść Michaelis jest doprawdy pełna kontrastów. Potrafi wzbudzić niemały strach na myśl o kondycji współczesnego świata, ulgę, iż nie wychowaliśmy się w wypaczonej rzeczywistości, oraz radość, z faktu że istnieją uczucia, które potrafią pokonać to wszystko i przetrwać. 

Książka wywołała i wciąż wywołuje u mnie niemałe emocje. Niesamowity i niepowtarzalny klimat połączony z nawiązaniami do twórczości Cohena sprawiły, że jeszcze wiele dni moje myśli pochłaniał „Baśniarz”, a najczęściej odtwarzaną piosenką nie wiedzieć czemu stało się „Hallelujah”. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że jest to powieść dla każdego. Książka jest pisana w naprawdę w specyficzny sposób, który dla jednych będzie największym atutem, pozostałych natomiast definitywnie odrzuci.

 Moja ocena: 6