Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 5/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 5/6. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2015

"Zacisze Gosi" Katarzyna Michalak

Kwiaty mają moc – to fakt znany nie od dziś. Potrafią pocieszyć, wzbudzić radość, a nawet miłość. Na własnej skórze doświadczają tego niejednokrotnie urocze mieszkanki Milanówka, które w trylogii Katarzyny Michalak połączyła miłość do kwiatów, wielkie serca, i pewien wspaniały różany ogród.

„Zacisze Gosi” zasadniczo podzielona jest na dwa główne wątki fabularne. Pierwszy z nich skupia się na przyjaciółce Kamili – głównej bohaterki poprzedniej części- tytułowej Gosi, do której zaczynają powracać echa przeszłości. Jednym z nich jest Jakub, który w ostatnim rozdziale „Ogrodu Kamili” staje w progu dworku w Milanówku, aby wywrócić życie dwóch, niczego nie spodziewających się kobiet, do góry nogami, drugą natomiast były mąż naszej protagonistki, chcący pozyskać majątek małżonki. 

Przyznać muszę, iż sam tytuł jest dość mylący gdyż autorka dużo więcej uwagi w dalszym ciągu poświęca pannie Nowodworskiej, aniżeli swojej tytułowej bohaterce. Nie wydaje się to złą decyzją, biorąc pod uwagę fakt, iż w życiu Kamili dzieje się i to całkiem sporo. Łukasz – jej ukochany, nie mogąc pogodzić się z kalectwem będącym powikłaniem po ciężkim wypadku samochodowym, wciąż ją odpycha, na domiar złego dziewczyna sprostać musi wyzwaniom czekającymi na nią w firmie, którą przejmuje na czas rekonwalescencji prezesa. Jakby tego było wciąż zbyt mało, autorka funduje nam oraz biednej dziewczynie prawdziwy uczuciowy rollercoaster, w momencie wkroczenia do akcji Jakuba Kilńskiego – jej dawnej miłości.

Obiektywnie rzecz ujmując to właśnie postać wpływowego biznesmena skradła tę część. Jest to niewątpliwie postać najbardziej dynamiczna i chyba najciekawsza, którą tak naprawdę dopiero co poznajemy i której zmianę obserwujemy w czasie trwania akcji. W tej części ukazuje się jego bardziej ludzkie oblicze, a zarazem wraz z nim wkraczają nowe problemy. Jego pojawienie się w progu Sasanki na zawsze odmienia życie Małgosi i Kamili. Pierwsza z nich rozpoznaje w nim wybawiciela, który pomógł jej przeżyć po zamachu terrorystycznym w londyńskim metrze, druga natomiast ma możliwość w końcu poznać jego historię i wyciągnąć z niej przerażające wnioski, gdyż Jakub Kiliński okazuje się ojcem Kamili Nowodworskiej. Tak… To jeden z bardziej pokręconych wątków tej trylogii.

Po „Zaciszu Gosi” Jakub śmiało mógłby pretendować do tytułu najbardziej pechowego faceta. Dlaczego? Przyjrzyjmy się jego historii ukazanej w pierwszych rozdziałach tejże powieści. Młody chłopaka rozkochuje w sobie nauczycielkę, która porzuca go gdy zachodzi z nim w ciążę. Nieświadomy niczego po 16-latch wiąże się z jej córką, z którą to niespodziewanie zrywa kontakt po tym jak dowiaduje się, iż jej matką jest jego dawna miłość. Rozgoryczona była kochanka goniąc go wpada pod autobus osierocając swoją jedynaczkę, a mężczyzna miotany poczuciem winy nie ma odwagi odpowiedzieć na którykolwiek z licznych maili nieświadomej z ich pokrewieństwa młodziutkiej Kamili. A to jedynie fragment tej zajmującej historii niczym z brazylijskiej telenoweli przeniesionej w Polskie realia…

Druga część trylogii kwiatowej uchodzić może za najbardziej nacechowaną emocjonalnie. Jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam się z powieścią , w której autorka w takim stopniu znęcała się nad wykreowanymi przez siebie postaciami. W „Zaciszu Gosi” nie ma bowiem nikogo, kto nie zostałby doświadczony przez los. Autorka nie poprzestaje jednak na dręczeniu mieszkańców Milanówka koszmarami z przeszłości rzuca im bowiem ciągle nowe kłody pod nogi. Było to tak różne od tego co zaserwowała nam autorka w „Ogrodzie Kamili”, iż chwilami wydawało się, że są to dwie odrębne historie. W trakcie czytania pewna mogłam być tylko jednego – jeśli coś układa się dobrze znaczy to jedynie, że jest to tylko cisza przed burzą.

Musze przyznać, że w pewien sposób uwielbiam tę serię; za jej dość absurdalne pomysły, mające więcej wspólnego z wyobraźnią autorki, aniżeli prawdziwym zżyciem, za jej lekką infantylność, i nieporadność językową. Za na siłę wprowadzany dramatyzm, który wywoływał emocje odwrotne do zamierzonych. Za trzeci osobowego narratora pojawiającego się nagle w trakcie akcji, który w jakiś sposób sugeruje nam co wydarzy się za chwilę, tworząc tym samy niezamierzony komizm. Aż trudno uwierzyć, że powieść, która posiada tyle cech charakteryzujących książki złe, naprawdę może się podobać – tak jednak jest, choć przeczy to wszelkiej logice.

„Zacisze Gosi” daje naprawdę wiele radości podczas czytania, pozwala się odprężyć i wywołuje szczery uśmiech na twarzy. Wprost nie mogę doczekać się kolejnej części „Przystań Julii”, która przybliży nam sylwetkę nowej sąsiadki protagonistek.
Widocznie z niektórym lekturami tak jest  - owijają czytelnika swoją magią niczym ciepłym kocem dając poczucie bezpieczeństwa i świadomość, iż w życiu nie ma takich sytuacji, z których nie dałoby się podźwignąć co na każdym kroku udowadniają nam przyjaciółki z Milanówka.

Moja ocena: 4+



Trylogia Kwiatowa:
"Zacisze Gosi"
"Przystań Julii"



sobota, 11 kwietnia 2015

"Ogród Kamili" Katarzyna Michalak

„Ogród Kamili” Katarzyny Michalak otwierający kwiatową trylogię znalazł się w moich rękach właściwie przez przypadek i o mały włos uniknął losu powieści, po które sięgnęłam tylko po to by już na zawsze je porzucić. Nie przepadam za książkami obyczajowymi. Są dla mnie zbyt statyczne, przewidywalne i nie potrafię się w nich zatracić. Dałam jej jednak szanse, a ona odwdzięczając się ukazała mi swoje wnętrze, które pozostawiło mnie z prawdziwą mieszaniną myśli.

Kamila ma 24 lata. Niepotrafiąca odważyć się na usamodzielnienie najchętniej zamyka się w swoim pokoju z książką i liże rany po swojej nieszczęśliwej i burzliwej miłości sprzed 8 lat, oraz pisze meile do nieszczęsnego ukochanego zwierzając mu się ze swojego życia, trosk, radości i uczuć. Pewnego dnia postanawia zmienić coś w swoim życiu, opuścić ciotkę u której zamieszkała przed laty po śmierci matki. Niedoświadczona dziewczyna cudem unika jednak zatrudnienia u człowieka zajmującego się handlem ludźmi, aby wpaść prosto w pułapkę zastawioną przez mężczyznę, którego kiedyś kochała. Nieświadoma sytuacji, w której się znalazła zaczyna nową pracę i nowe życie. Jakimi pobudkami kieruje się jednak jej wybawca? Czy rzeczywiście chodzi jedynie o wybaczenie? 

Początkowo miałam dość spore wątpliwości czy książka ta przypadnie mi do gustu. Po tak długim obcowaniu z fantastyką, lub innymi powieściami noszącymi jej znamiona, nagłe zakotwiczenie w rzeczywistości mogłoby niekorzystnie odbić się na moim odbiorze. „Ogród Kamili” ma w sobie jednak coś z baśni – choć traktuje o rzeczach nader przyziemnych, każde wydarzenie rozgrywające się na łamach powieści owiane jest pewną różaną magią. Na jej kojących właściwościach poznałam się jednak dopiero po kilkudziesięciu stronach pełnych irytacji na  niemrawą akcje, niezdecydowanych i nijakich bohaterów i pełne egzaltacji przemyślenia. W miarę upływu czasu powieść zyskiwała jednak moją sympatię.

Kamila zahukana 24- latka żyjąca wciąż na rachunek cioci, decydując się wziąć w końcu życie w swoje ręce przestała denerwować, a jej determinacja, miłość do książek i róż prawdziwie mnie ujęła, na duży plus zasłużyli także reprezentanci płci przeciwnej – Jakub i Łukasz. W pierwszym momencie sposób wykreowania ich postaci odrzucał mnie bardziej niż główna protagonistka. Kiliński zachowywał się niczym rasowy stalker, kontrolując życie dziewczyny, a co gorsza ingerujący w nie, w dość nietuzinkowy sposób, jego przyjaciel natomiast potraktowany tak schematycznie, że aż bolało – inteligentny, przystojny, na pozór gburowaty i zbyt pewny siebie, wewnątrz wrażliwy i empatyczny. Niespodziewanie jednak szczerze ich polubiłam i dopingowałam w powziętych zamiarach. 

W obserwowaniu ich poczynań nie przeszkadzał mi nawet sposób prowadzenia powieści – przemyślenia autorki, które w zamierzeniu zapewne także nas miały skłonić do refleksji, stawały się parodią samych siebie – tak doniosłe, jakby objawiały prawdę co najmniej o sensie istnienia. Bardziej  od samych egzaltowanych wstawek irytujące było nagłe pojawianie się autora wszechwiedzącego, który z powagą zapowiadał, że bohaterów nie czeka to co sobie zaplanowali, gdyż „los chciał inaczej…”. Z biegiem czasu także to przestało mi jednak przeszkadzać, a nawet dość pozytywnie kojarzyć się z tą właśnie książką, trochę inną, lekko magiczną, a przede wszystkim ciepłą i napawającą otuchą.

Pomimo, iż autorka nie szczędziła swoim bohaterom trosk, za każdym razem w życiu tej czy innej osoby stawał ktoś kto bez wahania wyciągał pomocną dłoń. Choć chwilami wydawało się to nieco naiwne, było budujące. W Milanówku, do którego trafia Kamila każdy gotów jest nieść pomoc, sąsiadki wspierają się w ciężkich momentach, a w pogodne dni przesiadują w różanym ogrodzie i podziwiają jego piękno.

Sielski obraz co jakiś czas burzony jest przez demony przeszłości, które nadają całości pewną nie oczywistość. Mamy świadomość, że coś wydarzyło się w życiu bohaterów, jest to jednak zwykle nic więcej niż delikatnie zarysowane kontury tego, co naprawdę kryje się w środku. Jest to od samego początku wielki plus tej książki, gdyż informacje docierają do nas stopniowo, ukazują znane na postacie w innym świetle i manipulują naszymi uczuciami. Przeszłość protagonistów maluje się na naszych oczach, gdyż nawet oni nie znają wszystkich elementów układanki. Nadawało to całości dynamiki i sprawiało, iż nie mogłam się oderwać od lektury.

W żaden racjonalny sposób nie potrafię wyjaśnić dlaczego właśnie ta pozycja tak bardzo mnie pochłonęła ostatnimi czasy, a oczekiwanie na kolejną część było istną katorgą. Być może oczarował mnie różany ogród, może przemówił do mnie klimat tej powieści, a może ma ona po prostu to niezdefiniowane coś, które nie pozwala mi o niej zapomnieć?

Moja ocena: 4+



poniedziałek, 29 grudnia 2014

"Love, Rosie/ Na końcu tęczy" Cecelia Ahern

„Love, Rosie” to jedna z tych książek, na które nie zwróciłabym uwagi gdyby nie nowopowstała ekranizacja. Po obejrzeniu uroczego zwiastuna, zapowiadającego historię wieloletniej przyjaźni potrafiącej przetrwać wszystko, przywodzącego na myśl inną ekranizację o innej parze przyjaciół, który przypadł mi do gustu, postanowiłam sięgnąć po książkę zanim dam się porwać magii kina.
Po chwili poszukiwań okazało się, iż miałam prawa nie słyszeć, o książce „Love, Rosie”, gdyż jest ona niczym więcej jak odmłodzoną wersją „Na końcu tęczy” Cecelii Ahern. Z nowym tytułem, oraz dużo młodszą parą na okładce, miała w końcu możliwość podbić serca kobiet w różnych przedziałach wiekowym. Jeśli chodzi o mnie – udało się jej.

Rosie i Alex to przyjaciele od najmłodszych lat. Razem przeżywali szkolne katusze, pierwsze wzloty i upadki, miłości i rozczarowania. Na rok przed ukończeniem szkoły Alex zmuszony jest jednak wyprowadzić się z Dublina do Bostonu i rozdzielić ze swoja bratnią duszą. Rosie, której marzeniem od zawsze było jednak studiowanie dziedziny związanej z hotelarstwem, wie, że za rok znów się spotkają, gdy przyjdzie im studiować w jednym mieście. Wszystkie jej plany obracają się w mrzonki, gdy po balu absolwentów zachodzi w ciążę, a jej życie zaczyna obracać się wokół nowonarodzonego dziecka i  walki o przetrwanie jako samotna matka. Alex, w tym czasie, spełnia marzenia o zastaniu lekarzem, nawiązuje nowe znajomości i romanse. Pomimo dzielącego ich dystansu, zarówno w odległości jak i poziomie życia ich przyjaźń przetrwa i będzie świadkiem ich wieloletniej historii.

Przyznam, że od dawna nie czytałam tak ciepłej książki. Historia Rosie, która przez jeden błąd z młodości zmuszona była porzucić wszystkie marzenia i plany ukazuje nam niezwykle silną bohaterkę, która nie użala się nad sobą, lecz bierze sprawy w swoje ręce i działa mimo, iż to co dostaje jest tak różne od tego co oczekiwała. Stajemy się świadkiem jej zmagań z rodzicielstwem, samotnością, poczuciem beznadziei, z których zawsze wychodzi jednak obronną ręką. Przyjaźń z Alexem, który jest  uosobieniem jej wszystkich niespełnionych marzeń, będącą główną osią powieści, jest natomiast tak pozytywna jak sama protagonistka. Nic dziwnego. Ta dwójka dobrała się idealnie. Ahern stworzyła postacie, których nie w sposób nie pokochać. I nie mówię tu jedynie o głównej parze, gdyż przez książkę będącą zapiskiem 50 lat życia Rosie Dunne przewija się cała masa bohaterów pobocznych, którzy zostali dość wyraźnie podzieleni na negatywnych (których nie lubimy – czyli byłych lub obecnych partnerów naszych protagonistów, stojących na drodze do szczęścia tej dwójki) i pozytywnych (których uwielbiamy).

Co ciekawe Rosie nie jest narratorką swojej historii, ba, nie jest nią nikt z postaci. Obraz jej życia wyłania się bowiem przy pomocy setki listów tradycyjnych i elektronicznych, zaproszeń, liścików, rozmów na czacie. Pomysł autorki sprawił, iż jej powieść czytało się fenomenalnie. Całość została tym samym pozbawiona w dużej mierze sztuczności. Informacje zostają przekazywane, krótko i zwięźle przez co wiele lat, upływa nam niczym jeden dzień – bez rozwodzenia się nad szczegółami. A dzięki temu, iż mamy całą gamę adresatów, sytuacje poznajemy z więcej niż jednej perspektywy.

Listy nie mają jednak pełnić jedynie rolę nowatorskiego pomysłu. Są one główną metodą podtrzymywani przyjaźni między Rosie i Alexem. Patrząc z perspektywy całości trudno mi jednak ich związek postrzegać jako czystą przyjaźń, gdyż oboje ewidentnie coś do siebie czują, mało tego, próbują nawet się do siebie zbliżyć, los jednak ciągle stawia na ich drodze przeszkody, przez co żadne nie jest pewne uczuć drugiego. Ahern nie jest jednakże jedyną autorką, która poprowadziła wątki w ten a nie inny sposób. Kilka lat wcześniej swoją premierę miała ekranizacja książki Davida Nichollsa „Jeden dzień”. Tam tak samo jak tu ukazana jest wieloletnia przyjaźń dwójki bohaterów, która po wielu perturbacjach przeradza się w coś większego. (Swoją drogą historie są wręcz bliźniaczo podobne, wyjąwszy wątek nastoletniej matki). Wyczuwam w tym pewne zakłamanie, gdyż przez całą książkę bohaterowie, a nawet sama autorka, próbują nas przekonać, że istnieje coś takiego jak przyjaźń damsko-męska, podczas gdy sami w to nie wierzą i potajemnie do siebie wzdychają. Ich wątek był jednak na tyle uroczy, że wybaczam. Rosie i Alex nie jest jednak jedyną damsko-męską parą „przyjaciół”. Sytuacja tak samo przedstawia się w przypadku nastoletniej córki tej pierwszej. Matka i ojciec chrzestny nie pozwalają jednak powielać im swoich błędów, tym samym rehabilitując się ze swoich własnych uczynków, co doprowadzała do wielu zabawnych sytuacji. Cóż tak właśnie bywa gdy dorośli ludzie widzą w poczynaniach swoich dzieci obraz własnych występków z młodości.

Często czytając, iż książka jest „zabawna” podchodzę do niej z tym większym sceptyzmem. Tym razem było inaczej. Podczas lektury bawiłam się fantastycznie, dlatego też gorąco polecam każdemu spotkanie z Rosie Dunne i poznanie jej zwariowanego życia.

Moja ocena: 5


sobota, 29 listopada 2014

"Magia indygo" Richelle Mead



„Magia indygo” to kolejna, już trzecia, część „Kronik krwi” – serii, którą ostatnimi czasy pochłaniałam w hurtowych ilościach i na którą dość konkretnie się nakręciłam. Tym razem dzieje się jeszcze więcej, jeszcze szybciej i bardziej niebezpiecznie.

Zdolności magiczne jeszcze nigdy nie miały okazać się tak pomocne w życiu Sydney. Gdy w okolicach zaczyna grasować potężna czarownica odbierająca życie i młodość dziewczynom z potencjałem magicznym nasza protagonistka okazuje się niezwykle pomocna w schwytaniu jej. Podejrzenia padają na siostrę panny Terwiliger, która wraz z swoją (już prawie oficjalną adeptką) będzie próbowała ją powstrzymać. Na domiar złego na jaw wychodzą informacje o domniemanych kontaktach Wojowników światła z alchemikami przez co Sydney zatraca wiarę w instytucje, której podlegała przez całe życie. Odnalezienie Marcusa - zbuntowanego alchemika, utwierdza ją w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji sprzeniewierzenia się zwierzchnikom.

Oczywiście nie mogło zabraknąć wątku miłosnego, jak zwykle – najmocniejszego punktu całości, który dokumentnie poplątał życie biednej Sydney.

Po deklaracji miłości ze strony Adriana, a następnie odrzuceniu jego uczuć przez naszą protagonistkę nic nie może być już takie jak wcześniej. W końcu nie łatwo powrócić do przyjacielskich stosunków po takim wyznaniu. Całość dodatkowo komplikuje fakt, iż Sydney nie postępuję w zgodzie z własnym sercem, a przed związaniem się z morojem powstrzymuje ją jedynie myśl o mezaliansie jaki związku z tym mógłby wyniknąć. Zmuszeni do współpracy na polecenie panny Terwiliger będą mieć ze sobą do czynienia więcej niż dotychczas. Relacja między ta dwójką staje się burzliwa i elektryzująca. Rzadko kiedy spotkać się można z dialogami, w których pomiędzy postaciami iskrzy w takim stopniu. Nie wiem czy to zasługa naprawdę udanych postaci, smykałki Mead do tworzenia tego typu relacji, czy innych czynników. Rezultat jest jednak świetny. Czuć ogień wydobywający się z każdej strony. I to jest cudowne. To jak Adrian próbuje zbliżyć się do Sydney i przekonać ją do siebie, to w jaki sposób ona próbuje radzić sobie z miotającymi ją uczuciami i ogarniającymi ja wątpliwościami czyta się rewelacyjnie.

Część ta naznaczona jest uczuciem oczekiwania; na chwilę, w której relacja między głównymi bohaterami w końcu się wyklaruje, lecz także na to w jaki sposób potoczą się dalsze losy Sydney jako alchemiczki. Dziewczyna jest tylko o krok od obalenia wiarygodności instytucji, której służy, co może mieć dla niej fatalne konsekwencje. Gra zaczyna toczyć się o wysoka stawkę, a próby dojścia do prawdy narażają ja na coraz większe niebezpieczeństwo. Katastrofa wisi w powietrzu przez co jestem bardzo ciekawa jak potoczy się ten wątek.

A co oprócz tego?

Mieliśmy prawdziwe wampirze wesele, które stało się okazją do ocieplenia stosunków między morojami i alchemikami. Wydarzenie to umożliwiło nam zarazem spotkanie z dawno niewidzianymi bohaterami – Abe’m, Rose, Lisą, Christianem, a dla Sydney stało się prawdziwym sprawdzianem tego, czy potrafi zachować pokerową twarz i nie zdradzić swoich poglądów przed zwierzchnikami.

Kilka chwil uwagi zyskali także bohaterowie drugoplanowi, których życie miłosne wkradły się problemy rodem z „Mody na sukces” – Jill zakochała się w Eddiem, który  o tym nie wie, lecz sam potajemnie do niej wzdycha nie ośmielają się jednak do niej zbliżyć uważając się niegodnym księżniczki, dlatego też wiąże się z Angeliną, której początkowa fascynacja jego osoba zaczyna słabnąć. I to tyle w tym temacie.

Nie obyło się także od scen magicznych ćwiczeń, rzucania zaklęć, wertowania ksiąg, a nawet przywołania jednego, całkiem słodkiego, demona.

Jedyny wątek, który został pominięty, to ten będący katalizatorem wszystkich pozostałych, czyli sprawa przewrotu a dworze królewskim. Nic w tym dziwnego. Książka ugina się w końcu od nadmiaru (nie zawsze ze sobą spójnych) wydarzeń.

„Magie indygo” tak jak i poprzednie części czyta się wyśmienicie. Autorka w końcu zdecydowała się rozwinąć najciekawsze kwestie, przez co wprost nie mogę doczekać się kolejnych części!

Moja ocena: 5


Poprzednie części:

"Kroniki krwi" (recenzja)
"Złota lilia" (recenzja)

poniedziałek, 10 listopada 2014

"Złota lilia" Richelle Mead


W życiu każdego człowieka przychodzi moment, w którym mówi sobie: „czas skończyć z hurtowym czytaniem i wziąć się za pracę, naukę, porządki, itp. (niepotrzebne skreślić). Niestety właśnie wtedy w ręce wpada Ci seria, która z pewnością nie rozwikła przed tobą tajemnicy współczesnej fizyki, ani nie pomoże w wędrówce przez krainę całek i liczb zespolonych, ma niestety niemal mistyczną moc przyciągania. Tak więc mimowolnie odkładasz grube naukowe tomiszcza i zatapiasz się w świat wampirów, mając jedynie nadzieję, że nikt nie zauważy, że poważne zadania, które rzekomo wykonujesz ograniczają się do pochłaniania kolejnych stron „Złotej lilii” – kontynuacji „Kronik krwi” Richelle Mead.


Sydney mieszkająca w Palm Springs, sprawująca pieczę nad grupą wampirów, nie jest już tą samą osobą co wcześniej. Ślepe zapatrzenie w działania alchemików ustąpiło pod wpływem odkrycia zdrady jednego z nich, a życie z grupą mojorów i dampirów, ukazało iż nie są oni stworami mroku, jak wmawiano jej podczas szkolenia, lecz oddanymi przyjaciółmi.

Sytuacja na królewskim dworze sprawia, że Jill nadal musi pozostać w ukryciu. Do grupy z Palm Springs dołącza jednak Dymitr Bielikow oraz Sonia Karp, aby wraz z Adrianem rozpocząć badania nad wynalezieniem sposobu zapobiegającego przemianę w krwiożercze strzygi przy pomocy mocy ducha. Naszym bohaterom nie dane jest jednak wieść spokojny żywot. Po odkryciu intrygi związanej z tatuażami dającym nadnaturalne moce, oraz szalonym wampirze  starającym za wszelką cenę przemienić się w strzygę czekają ich kolejne wyzwania. Rewelacje zdziczałego moroja dotyczące rzekomych łowców wampirów, wydają się czymś więcej niż urojeniem. Na domiar złego nauczycielka historii parająca się po godzinach magią, coraz mocniej naciska na Sydney namawiając ją do podjęcia szkolenia w tym kierunku, czym złamałaby (kolejną już) zasadę narzuconą jej przez alchemików.

A tak czytam kolejne części!
(W czasie przerwy w nauce,
 Wróć! - nauka w czasie przerwy czytania)
Siląc się na dystans nie potrafię stwierdzić dlaczego książki wychodzące z pod pióra Mead mają taką moc przyciągania. W końcu nie prezentuje nam nic czego nie znaliśmy by już wcześniej. Bez większego wysiłku wskazać można historie dużo lepiej prowadzone i wykreowane niż te znane nam z serii Mead. Nieraz w trakcie lektury potrafiłam przekartkować kilkanaście stron do przodu aby zobaczyć co nastąpi w kolejnych rozdziałach. Styl pisania także nie należy do wyróżniających się, a dialogi do nieziemsko zabawnych, czy tym bardziej głębokich.

Ale co z tego?! Ważne, że czyta się jak marzenie!

Mogłabym wymienić wiele rzeczy, za które lubię serię „Kroniki krwi”, oraz drugie tyle za które wolę je od „Akademii wampirów”, skupmy się jednak na najważniejszych:

1) Klimat. Seriom Mead daleko do napuszonego stylu właściwym innym tego typu powieściom. Nie znajdziemy tu wielkich dramatów, rozterek z pogranicza życia i śmierci, ani wydumanych tajemnic. Budowa każdej z części jest prosta jak konstrukcja cepa, a fabuła w nich zawarta nie należy do zaskakujących, ale właśnie za to ją lubię. Od książek tego typu oczekuję przede wszystkim rozrywki. Z tego zadania wywiązuje się doskonale.

2) Adrian. Bez niego ta książka mogłaby nie istnieć. Obdarzony mocą ducha moroj nie potrafi poradzić sobie z życiem. Artystyczna dusza na zmianę unosi go, aby później zrzucić na sam skraj przepaści. Traktowany z przymrużeniem oka, niedoceniany przez nikogo, stwarzający pozory lekkoducha chłopak zaczyna jednak stawiać małe kroczki ku zmianom na lepsze. Dzięki interwencji Sydney zapisuje się do college, ogranicza picie, a nawet stara się rzucić palenie. Urokowi jego postaci dodatkowo dodaje więź jaka wiąże go z Jill. Tak jak wcześniej Rose i Lisse, pocałunek cienia połączył Iwaszkowa, z nieśmiałą 15- letnią księżniczką, nie potrafiącą odnaleźć się w nowej sytuacji. Połączenie ich losów siłą rzeczy zmusza go do odpowiedzialności, której tak starannie unikał przez ostatnie lata.

3) Sage. Główna protagonistka „Kronik…” początkowo irytująca przez swoje ślepe oddanie alchemikom z biegiem czasu przeżywa przemianę i staje się naprawdę sympatyczną osobą. Zmiana, której ulega przychodzi jednak bardzo subtelnie w miarę przypływu nowych informacji, oraz zacieśnianiu więzi pomiędzy nią a jej towarzyszami. Wszystko to zachodzi bardzo naturalnie, a co za tym idzie wiarygodnie, dlatego też z przyjemnością czytam o jej poczynaniach. W „Złotej lili” czekają na nią nowe wyzwania, także na polu uczuciowym. W życiu dziewczyny pojawi się bowiem chłopak podzielający jej pasję, zainteresowania oraz sposób bycia. Czymże jest jednak ich mdła relacja wobec uczucia łączącego ją z Adrianem? Przyjaźń z morojem niewątpliwie odmieniła jej życie, wiszący w powietrzu romans przewróci je jednak do góry nogami. Między tą dwójką czuć prawdziwą chemię, a sceny z ich udziałem niewątpliwie należą do najciekawszych.

4) Fabuła. Po lekturze „Złotej lili”” dokładnie wiemy, w którą stronę będą zmierzać dalsze tomy. Wątek magii całkiem sprytnie przeplata się z poszukiwaniem łowców wampirów. Dodatkowo Sydney coraz jawniej występuje przeciw interesom alchemików, a podwójna gra jaką zaczyna toczyć może mieć dla niej opłakane skutki.

Każdemu komu przypadły do gustu powieści pani Mead nie trzeba namawiać do sięgnięcia po kolejne książki, tym z kolei, którzy poczuli się zawiedzeni pierwszym tomem radzę sięgnąć po kolejny, aby przekonać się czy na pewno podjęli słuszną decyzję. Ja z pewnością nie przepuszczę żadnej kolejnej części…

Moja ocena: 5


Poprzednie części:

"Kroniki krwi" (recenzja)

piątek, 24 października 2014

"Dopóki śpiewa słowik" Antonia Michaelis

Niepokojąca - tym jednym słowem opisać można najnowszą książkę Antoni Michaelis.
Dość lapidarny opis jak i tajemnicza okładka nie zdradzają zbyt wiele z treści przez co czytelnik zostaje wypchnięty wraz z 18-letnim Jarim w wir wydarzeń właściwie bez przygotowania.

Główny bohater po ukończeniu szkolenia na stolarza, postanawia wyrwać się z domu na kilka tygodni w poszukiwaniu przygody. Swoją wędrówkę zaczyna Burzowej Wysoczyzny, do której drogę wskazuje mu tajemnicza dziewczyna zapozna w przydrożnej galerii. Pomimo odstręczającej aparycji swojej towarzyszki zaintrygowany chłopak postanawia zboczyć z trasy i porzucić zamiar samotnej wędrówki. Przekraczając granicę lasu wraz ze zmianą otoczenia przemiana zachodzi także w powierzchowności dziewczyny, która pod przebraniem ukrywa swoją nieziemską urodę. Nieświadomy niebezpieczeństwa ukrytego wśród drzew Jari podąża w głąb oderwanej od realnego świata rzeczywistości, gdzie nadnaturalne piękno skrywa ponure tajemnice.

Tym co już na pierwszy rzut oka odróżnia twórczość Michaelis od innych pozycji przeznaczonych dla młodzieży jest język autorki, który nadaje każdej z opisanych przez nią historii niepowtarzalny klimat. Tak było także w tym przypadku. W połączeniu z wręcz onirycznymi opisami lasu dawało to piorunujący efekt. Michaelis z łatwością zaciera granicę między prawdą, a światem snów i baśni. Wszystko to mocno oddziałuje na wyobraźnię, szczególnie w połączeniu z wiecznie żyjącym lasem, porośniętym drzewami, zamieszkanym przez rozmaite zwierzęta, bezkresnym i niezbadanym.

Niewątpliwe autorka stworzyła sobie solidne podłoże do uwikłania misternej sieci, z której wyłania się historia trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Zagłębiając się w kolejne rozdziały coraz trudniej rozeznać się w sytuacji, a napięcie budowane jest z zaskakującą precyzją. Od pierwszych chwil mamy świadomość, że las skrywa w sobie jakąś przeraźliwą tajemnicę, a przesiąknięta krwią i obsypana kośćmi ziemia upomni się o kolejną ofiarę.

Niepewność towarzysząca przy pochłanianiu każdej kolejnej strony, sprawia, że sami mimowolnie zaczynamy odczuwać lęk i dezorientację, która w konsekwencji nieść może za sobą (tak ja w moim przypadku) bezsenną noc. Tak samo jak Jari przestajemy dostrzegać granicę nie tylko między rzeczywistością a snem, lecz także moralnością a złem czy pięknem i brzydotą. W budowaniu napięcia dużą rolę odgrywały także fragment przybliżające nam historie z przeszłości, które pomimo pozornego braku związku z wydarzeniami rozgrywającymi się w czasie trwania akcji są ściśle się z nią łączą, a z biegiem wydarzeń wręcz uzupełniają.

Chwilami książka prowadzona jest jak dobry kryminał, w której każda informacja może posłużyć jak element misternej układanki.
Niestety ta swoistego typu zabawa w kotka i myszkę z czytelnikiem będąca najmocniejszą stroną książką, w kulminacyjnej scenie okazuje się w moim odczuciu przekleństwem, gdyż nawarstwienie tajemnic doprowadziło do stworzenia przewidywalne nieprzewidywalnego zakończenia, które mnie osobiście do końca nie przekonało. Potencjał widoczny przez cały czas trwania akcji w został do końca wykorzystany.

Pomimo dość ciekawie skonstruowanych postaci nie potrafiłam się w żaden sposób z nimi utożsamić przez co niektóre dokonywane przez nich wybory i ich reakcje wydawały mi się nielogiczne. Już same zamieszkanie Jariego w lesie pomimo widocznych omenów zwiastujących coś przerażającego wydawało mi się ździebko naciągane.

Mając ciągle świeżo w pamięci fenomenalnego "Baśniarza"(recenzja) nie mogłam powstrzymać się niestety od porównań. Szczególnie, że pomimo różnych bohaterów i historii da się zauważać pewnych analogii. Magia którą odczuwałam podczas mojego pierwszego spotkania z autorką, tu nie była dla mnie aż tak namacalna. Piękno opisane w "Dopóki śpiewa słowik" przywodzące na myśl bajkowy świat było tak nieziemskie, że aż przerażające, przez co niemal całą książkę przeczytałam ze ściśniętym żołądkiem. Jestem pełna podziwu dla literackiego kunsztu Michaelis, jednakże zabrakło mi fragmentów nie znaczących zbyt wiele dla fabuły, a pozwalających czytelnikowi odetchnąć. Chwilami czułam się aż nazbyt przytłoczona i przygnębiona lekturą. Choć akcja rozgrywała się w przepełnionym pięknem środowisku, wszystkie relacje między bohaterami były chore. W "Baśniarzu" występowała sytuacja odwrotna - w świecie, w którym panowała brzydota, czyste uczucie łączące bohaterów, sprawiło, że książka nie miała aż tak pesymistycznego wydźwięku.

Znakiem rozpoznawczym autorki, jeśli chodzi literaturę młodzieżową, stało się poruszanie tematów trudnych w ocenie dla postronnego obserwatora, oraz zahaczanie o zagadnienie relatywizmu moralnego, co wyróżnia ją z pewnością na tle innych książek przeznaczonych dla młodzieży. Jest to jedna z tych nielicznych książek, które łapią czytelnika w swoje sidła i jeszcze długo po przeczytaniu ostatniego zdania nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Moja ocena: 5

[recenzja archiwalna]

środa, 1 października 2014

"Miasto niebiańskiego ognia" Cassandra Clare

Odłożenie na półkę dobrej książki po przeczytaniu ostatniego zadania jest rzeczą trudną. Zamknięcie książki będącej zwieńczeniem serii, która towarzyszyła nam przez dobrych kilka lat jest jeszcze cięższe. Swoją przygodę z trylogią „Dary anioła” Cassandry Clare, która z biegiem czasu rozrosła się do sześciotomowego cyklu, rozpoczęłam cztery lata temu i nieprzerwanie mimo gorszych i lepszych momentów jestem jej fanką. „Miasto niebiańskiego ognia” z powrotem zabrało mnie w świat Nocnych Łowców i pozwoliło zatopić się ponownie w przygody moich ulubionych bohaterów. Już po raz ostatni....

W powietrzu wisi zapowiedź kolejnej wojny. Sebastian Morgenstern za pomocą Piekielnego Kielicha werbuje kolejnych członków swojej armii zmieniając Nocnych Łowców w bezwzględne istoty będące pod jego panowaniem. Mieszkańcy kolejnych Instytutów padają jego ofiarą, granice Idrysu zostają zamknięte, Nocni Łowcy zostają zmuszeni do walki ze swoimi najbliższymi a świat Przyziemnych powoli zaczyna pogrążać się w chaosie. Nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać syna Valentaina. Jedyną nadzieją staje się Niebański Ogień płonący w żyłach Jace'a, który niestety zaczyna wymykać się spod kontroli.

Serią, którym oddaliśmy serce na całe lata można naprawdę wiele wybaczyć. Jak wiele, przekonałam się dopiero czytając „Dary anioła” od czwartej części wzwyż. Nie będę ukrywać, że po fenomenalnej pierwotnej trylogii miałam ogromne oczekiwania dotyczące kolejnych części, które w przeważającej większości się nie sprawdziły. Historii brakowało tej trudnej do określenia magii, którą spotkać mogłam na każdej stronie poprzednich powieści autorki. Sytuacji nie potrafił poprawić nawet Sebastian, którego pojawienie się w „Mieście szkła” zwiastowało niemałe zawirowania. Niestety to co u Valentaina było poparte silną ideologią i głęboko idącym relatywizmem moralnym u jego pierworodnego ocierało się o zwykłe okrucieństwo i nawet jego czysto ludzka potrzeba posiadania kogoś u swojego boku nie potrafiła tego złagodzić. Kolejne tomy mijały a ja do końca wierzyłam, że historia moich ulubionych postaci wskoczy znów na właściwe, moim zdaniem, tory. Tak się jednak nie stało. Autorce nie można odmówić jednak konsekwencji. Zaczynając kolejną historię prowadziła ją w sposób jednolity i spójny. Nie była to już jednak opowieść, która mnie tak bardzo urzekła.

Na sukces serii „Dary anioła” wpłynęło jednak o wiele więcej czynników niż ciekawa historia. A tE mimo upływu kolejnych stron pozostały niezmienne – bohaterowie, z którymi bez trudu można się utożsamić, zabawne dialogi, przeplatane niekiedy nie mniej intrygującymi, melancholijnymi wstawkami i jedyny w swoim rodzaju świat wykreowany przez Clare. To właśnie za jego sprawą z taką zawziętością pochłaniałam kolejne tomy. Świat ten jest pełen kontrastów. Z jednej strony jest to rzeczywistość wojowników, gotowych poświęcić swoje życie w imię wyższego dobra, którzy jednak dzięki temu potrafią docenić piękno i chwytają każdy dzień, jednocześnie czerpiąc garściami z dziedzictwa przodków, strzegąc tradycji i zwyczajów, z drugiej natomiast w większości nieśmiertelnych Podziemnych, którzy obserwują otaczającą ich rzeczywistość przez pryzmat minionych wieków. I jest dla mnie tak naprawdę bez różnicy czyimi oczami będę obserwować ten świat, współczesnej Clary, Tessy żyjącej w czasach wiktoriańskich z trylogii „Diabelskie maszyny” czy innych, o których historie dopiero powstaną. Zawsze będzie on dla mnie tak samo interesujący.


Nawiązując do innych powieści autorki nie sposób nie wspomnieć o zatrzęsieniu postaci, przewijających się na łamach „Miasta niebiańskiego ognia”. Z wielką radością powitałam ponownie bohaterów „Diabelskich maszyn”, lecz także poznałam grupę dzieciaków, z Emmą i Julianem na czele, ocalonych z Instytutu w Los Angeles, którym poświęcony w całości zostanie kolejny cykl. Między wierszami znaleźć można nawet wzmiankę o „Kronikach Bane'a”, w których poznajemy historie z przeszłości najbardziej imprezowego czarodzieja na całym Brooklinie.

Z każdej strony „Miasta...” wyłaniała się zapowiedź końca. Dużym naciągnięciem faktów, byłoby jednak uznanie go za iście epickie zakończenie serii. Czasy gdy „Miasta..” uznać można by za lekturę na jeden wieczór już dawno minęły, zastąpione przez naprawdę opasłe tomiska liczące sobie trochę ponad 700 stron. Całość jednak wbrew pozorom nie zyskała tym samym na jakości. Przez całkiem znaczną część czasu miałam wrażenie, że większość rzeczy jest przegadanych a niektóre fragmenty służą jedynie zapchaniu pustego miejsca. Znaczące wydarzenia policzyć można było tak naprawdę na palcach jednej ręki a całości brakowało elementów zaskoczenia i polotu. Wszystkie wątki zostały jednak zamknięte, poza kilkoma, które mają posłużyć za podstawę dla przygód kolejnych bohaterów.

Koniec końców „Miasto niebiańskiego ognia” pozostawiło po sobie jednak naprawdę dobre wrażenie. Nie wiem ile w tym zasługi samej treści, a ile moich własnych wspomnień i powrotów myślami do odczuć towarzyszących mi przy czytaniu przeszłych tomów oraz czasu oczekiwania na każdą kolejną powieść. Bez wątpienia „Dary anioła” należą i będą należeć do moich ulubionych serii, wartość samej szóstej części jest jednak dla mnie trudna do ocenienia, gdyż nie sposób nie patrzeć na nią przez pryzmat wszystkich poprzednich.

Pomimo kropki wieńczącej ostatnie zdanie nie chcę jednak opuszczać świata Nocnych Łowców i z pewnością będę czekać na kolejną serię, wierząc, że choć na chwilę pojawią się w niej moi starzy „znajomi”. Na chwilę obecną nie pozostaje mi jednak nic więcej niż powiedzieć „do widzenia” Clary, Jace'owi, Simonowi, Izzy, Alec'owi i Magnusowi, oraz całemu światu Nocnych Łowców.
Do widzenia...

Moja ocena: 5


Seria "Dary anioła":

I "Miasto kości" 
II "Miasto popiołów" 
III "Miasto szkła"
IV "Miasto upadłych aniołów"
V "Miasto zagubionych dusz"
VI " Miasto niebiańskiego ognia"



niedziela, 14 września 2014

"Dziedzictwo" C. J Daugherty


"Dziedzictwo" będące ciekawą kontynuacją "Wybranych, ponownie zabiera nas do świata uczniów ekskluzywnej szkoły z internatem w Wielkiej Brytanii.

Wydarzenia mające miejsce w Cimmerii podczas letniego semestru na zawsze zmieniły życie 16-letniej Allie. W końcu nie na co dzień zostaje się świadkiem morderstwa jednej z uczennic, doświadcza zdrady osób z kręgu najbliższych przyjaciół, oraz rodziny, a także dowiaduje się , iż szkoła do której zaczęło się uczęszczać jest jedynie przykrywką dla o wiele bardziej znaczącej dla świata organizacji, o władzę nad która toczy się właśnie walka. A na dodatek te tajemnice, tajemnice, tajemnice, którymi Cimmeria otoczona jest niczym gęstą mgłą.

Allie wracając do rodzinnego miasta w trakcie przerwy międzysemestralnej wierzy, że odnajdzie spokój, oraz odpowiedzi na dręczące ją pytania odnośnie jej pochodzenia. Odpoczynek przerywają jej nagle mężczyźni w garniturach będący na usługach Nathaniela. Dziewczyna znajduje jednak schronienie w murach szkoły odzyskującej powoli swój dawny urok za czasów przed pożarem. Nowy rok szkolny niesie za sobą jednak nowe wyzwania i doświadczenia. Wraz z poznaniem prawdy o swoich przodkach, życie Allie ponownie ulega zmianom.
Zostaje przyjęta do Nocnej Szkoły- tajnej organizacji zrzeszającej uczniów wywodzących się ze najznamienitszych rodów- oraz musi przejść szkolenie mające na celu efektywną obronę przeciw atakom Nathaniela i jego ludzi, oraz przeprowadzić prywatne śledztwo, które pomoże wykryć szpiega działającego na terenie Akademii.

Fani wartkiej akcji i niekonwencjonalnych rozwiązań fabularnych nie będą mieć na co narzekać. W "Dziedzictwie" tak samo jak w poprzedzającej ją części dzieje się, i to sporo. Książka nie jest dzięki temu monotonna, a co za tym idzie - nudna.

Niezadowoleni mogą być jednak fani związku Allie i Cartera, który przechodzić będzie kryzys. Nad książką tak jak i innymi młodzieżowymi powieścidłami wisi "klątwa drugiej części" głosząca, iż romans mający swój początek w pierwszym tomie, w jego kontynuacji przeżywać będzie zachwianie, szczególnie gdy w najbliższym otoczeniu ciągle obecny jest ten trzeci. Sylvain na nowo zdobywa zaufanie Allie poważnie nadwątlone po wydarzeniach z Letniego Balu. Uratowanie życia podczas pożaru szkoły dość znacząco podniosło jednak szanse na dalsze rozwijanie się tej znajomości. Młodzi czując wzajemne przyciąganie na nowo budują łączącą ich relacje, czemu przeciwny jest Carter odczuwający do swojego rywala szczerą nienawiść. Nie trudno zgadnąć, że dziewczyna w pewnym momencie będzie musiała wybrać,jednakże na jej decyzję oprócz zaufania i podszeptów serca wpływ będą mieć czynniki z zewnątrz.

Dla mnie jako zagorzałej antyfanki Cartera była to z całą pewnością dobra część. Obrót spraw jaki został zaserwowany przez autorkę daje mi nadziej na pomyślne(w moim mniemaniu) rozwiązanie wątku romansowego, oraz na odsunięcie postaci przyprawiającej mnie o zgrzytanie zębami  na dalszy plan.

Jest to jednak moja jedyna uwaga odnośnie bohaterów wykreowanych przez autorkę. Są one w większości zarysowane fajną kreską przez co ich perypetie są przyjemne w odbiorze. Na duży plus zasługuje także główna bohaterka, która nie potrafi pozostać jedynie biernym widzem, i z wielką chęcią, oraz zapałem angażuje się w rozmaite przygody, (i te bardziej przemyślane i te mniej). Ponadto doceniam jej samozaparcie, oraz jakiekolwiek próby myślenia, czego często brakuje mi w innych książkach.

Nie od dziś mam słabość do książek traktujących o uczniach ekskluzywnych szkół z internatem. Uwielbiam ich klimat. Seria "Nocna Szkoła" jak dotąd nie zawiodła mnie pod tym względem. Niemalże z każdej strony można zaobserwować blichtr, bogactwo, i prestiż miejsca, gdzie rozgrywa się akcja. Eleganckie, stare wnętrza, wystawne przyjęcia, tajne stowarzyszenia, wyszukane rozrywki(jak na przykład nocna rozgrywka tenisa odgrywana za pomocą podświetlanego sprzętu). To właśnie takie szczegóły nadają książce ten niepowtarzalny smaczek, którego szukam odkąd zetknęłam się z książką "Tylko dla wybranych" Kate Brian. Jeśli dodać do tego tajemniczość, potęgowaną przez fakt, iż odpowiedzi dają jedynie kolejne pytania otrzymujemy książkę idealną na jesienne wieczory i nie tylko.

Moja ocena: 5

Poprzednie części cyklu "Nocna szkoła": 

"Wybrani" C. J. Daugherty


[recenzja archiwalna]

czwartek, 4 września 2014

"Równoumagicznienie" Terry Pratchett


Terry Pratchett nie bez powodu zasłużył sobie na miano jednego z najpoczytniejszych autorów, a jego powieść osadzone w Świecie Dysku zyskały międzynarodową sławę, oraz zajmują stałe miejsce w sercach czytelników zarówno tych młodszych jak i całkiem dorosłych. Historie w nich opisane są niczym odbicie w krzywym zwierciadle naszej rzeczywistości. Nic w tym dziwnego, iż czytając je nie sposób nie uśmiechnąć się, lecz także zmusić do chwilę refleksji.

"Równoumagicznienie” dotycząca łamania stereotypów, oraz zawziętego już dawno nie aktualnych zwyczajów nie odchodzi od tego schematu.

Zauważyliście, że wszyscy wielcy magowie od zarania dziejów byli mężczyznami? Czas to zmienić!

Los Esk został przypieczętowany w dniu jej narodzin. Z powodu fatalnej w skutkach pomyłki zostaje obdarzona mocą magów stając się tym samym pierwszym żeńskim przedstawicielem władającym tym rodzajem magii. Tradycja głosi jednak jasno – żadna kobieta nie ma i nie będzie mieć wstępu na Niewidzialny Uniwersytet, w którym magowie zdobywają wiedzę oraz ćwiczą umiejętności. Rodzina dziewczynki ukrywa jej dziedzictwo, a miejscowa czarownica stara się nauczyć magii o wiele bardziej odpowiedniej dla niewiasty. Mocy maga nie da się jednak ukryć. Mała Esk wraz z Babcią Weatherwax wyruszają więc podróż w celu odnalezienia Niewidzialnego Uniwersytetu gotowe zmienić wszystkie panujące tam reguły.

 „Równoumagicznienie" to moje trzecie spotkanie z twórczością Pratchetta i z pewnością nie ostatnie. Jednakże po przeczytaniu już kilku stron nie sposób nie zauważyć, iż powieść ta jest dużo bardziej stonowana. Przyzwyczajona, iż w jego historiach absurd goni absurd, a znane wątki łączą się i nabierają nowego, wybuchowego wyrazu, takie nagłe wyciszenie było dla mnie zaskoczeniem. Całe szczęście mamy Babcię Weatherwax. Ta zwariowana staruszka z całą pewnością nie pozwoli się nudzić czytelnikowi. Jej apodyktyczna osobowość sprawiająca, iż podporządkowuje sobie nawet najbardziej nieprzychylną grupę ludzi i  bez problemu toruje młodej magini drogę na szczyt, nawet jeśli ta prowadzi przez pralnie Niewidzialnego Uniwersytetu.

Czytając powieść nie mogłam oderwać się od myśli, iż jest ona połączeniem „Gry o Tron” G. R.R. Martina z „Trylogią Czarneg Maga" Trudi Canavan. Podobieństwo to dotyczy szczególnie postaci Esk, której upór i siła w zmierzaniu się z przeciwnościami losu bardzo przypominało mi młodą Aryię Stark, która w świcie zdominowanym przez mężczyzn walczyła o niezależność i własne marzenia. Podobieństwo z trylogią Canavan narzuca się automatycznie – dziewczyna z ogromną mocą, pochodząca ze sfer, w której magowie nie występują, magiczny uniwersytet z silnymi tradycjami uniemożliwiającymi jej spokojną naukę. Otrzymując cechy bohaterek występujących w obu cyklach nie sposób uczynić Esk postacią nudną czy mało znaczącą. Zresztą trudno być zwykłym szarym obywatelem żyjąc w świecie, w którym działają inne prawa fizyki, który jest płaski i utrzymywany przez cztery słonie stojące na ogromnym żółwiu.

"Równoumagicznieni” jest trzecią częścią cyklu. Na szczęście w powieściach ze Świata Dysku nie obowiązuje żadna chronologia, a poszczególne historie nie są ze sobą związane, choć niektóre postacie (na szczęście) stają na drodze innym bohaterom (robiąc przy okazji sporo zamieszania).

Bardzo cieszę się, iż zdecydowałam się w końcu odkryć tajemnice popularności Pratchetta...

Moja ocena: 4+

środa, 20 sierpnia 2014

"Dobry omen" Terry Pratchett, Neil Gaiman

Dobry omen - Terry PratchettKrótka uwaga: gdy niebo robi się krwistoczerwone, ziemia drży w posadach, a świat staje na głowie niechybnie zbliża się koniec świata. I na nic zdadzą się krzyki, jęki i piski - nie będzie ocalenia, o nie!

Inne zdanie na ten temat mają jednak bohaterowie zwariowanej powieści Terrego Pratchetta i Neila Gaimana "Dobry omen". Crowley (były wąż - kusiciel z Edenu, obecnie agent piekła) oraz Azirafal (anioł) , jego główny antagonista, a po godzinach, sprzymierzeniec, całkowicie zasymilowani z ludźmi nie zamierzają pozwolić aby ich ziemska przygoda przedwcześnie dobiegła końca. Plan jest prosty - powstrzymać konfrontacje między niebem i piekłem, której katalizatorem stanie się sam antychryst. Sprawy komplikują się jednak, gdy na jaw wychodzi, że od dawna zapowiedziany koniec świata nastąpi niebawem, a monitorowany od przeszło jedenastu lat małolat, nie jest niczym więcej jak zwykły śmiertelnikiem podczas gdy spadkobierca piekielnego imperium spokojnie żyje i dorasta gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. Czas goni, do akcji włączają się kolejni bohaterowie od wiedźm (tych prawdziwych i tych niekoniecznie) ich tropicieli, jeźdźców apokalipsy, sił boskich i piekielnych, a na Atlantach, Ufoludkach i Tybetańczykach wychodzących z każdej dziury, skończywszy, a Armageddon nabiera rozmachu.

To moje pierwsze spotkanie zarówno z twórczością Terrego Pratchetta jak i Neila Gaimana, ale po tym co doświadczyłam podczas czytania ich powieści jestem pewna, że nie ostatnie. Książkę czytało się cudownie. Akcja gna w wprost szaleńczym tempie, jakby mimowolnie chcąc dogonić zapowiedziany koniec świata, o którym mowa. Już po kilkunastu stronach przyzwyczaiłam się do tego, iż w wykreowanym przez nich świcie nie ma miejsca na słowo "niemożliwe:. Siostry zakonne - satanistki - proszę bardzo! Może jeszcze dodatkowo wątek ze źle przeprowadzoną "adopcją" antychrysta? Nic trudniejszego. Wyłowienie Atlantydy, sprowadzenie UFO, obudzenie Krakena.... Cóż w tym w końcu niezwykłego? 

 Czymże by były jednak nawet najciekawsze zwroty akcji bez wspaniałych bohaterów, którzy by ją napędzali? Źródła komizmu i absurdu dostrzec można dosłownie na każdym kroku - w zachowaniu poszczególnych postaci, ich kreowaniu, gestach, dialogach, swobodnych wariacjach znanych motywów. To właśnie w tym tkwi siła powieści. Crowley i Azirafal jako główni protagoniści w swoich rolach sprawdzają się wyśmienicie. Ich dość skomplikowana relacja doskonale przekłada się na jakość dialogów, które nie dość, że zawierają w sobie dość trafne komentarze na temat naszej rzeczywistości są naprawdę zabawne i dynamiczne. Choć to właśnie perypetie z ich punktu widzenia czytało mi się najlepiej (przypominały mi złote lata "Supernatural" przypadające na sezon dotyczący właśnie ni mniej ni więcej tylko Armageddonu, który był naprawdę, mocno zwariowany) inne postacie nie pozostają zbyt długo w ich cieniu. Każda z nich jest jedyna w swoim rodzaju i nie do podrobienia tak jak i zresztą styl Terrego Pratchetta i Neila Gaimana. 

Na wielki plus zasługuje także fakt, iż fabuła nie toczyła się jedynie na łamach powieści, lecz także w licznych przypisach, w których autor wyjaśniał to co niezrozumiałe, domawiał to co niedomówione i tworzył kolejne historie. Ubolewam nad tym, że nie dane mi było wcześniej zapoznać się z twórczością obu panów, co z pewnością pozwoliłoby mi rozpoznać ich wkład w poszczególne fragmenty. No cóż, uznać to mogę jedynie, jako całkiem niezły powód do natychmiastowego nadrobienia zaległości. 

"Dobry omen" jest książką absurdalną do granic rozsądku, a przez to naprawdę zabawną. Nie sposób żałować żadnej chwili spędzonej na pochłanianiu kolejnych stron. 

Moja ocena: 5

sobota, 26 lipca 2014

"Dar Julii" Tahereh Mafi


Dar Julii - Tahereh MafiKażda, nawet najciekawsza historia ma swój kres. "Dar Julii" będący zwieńczeniem trylogii opowiadającej o losach dziewczyny, której dotyk zabijał wpadł w moje ręce bynajmniej nie przypadkowo. Proza Tahereh Mafi urzekła mnie z chwilą czytania "Dotyku Julii". Specyficzny sposób narracji, ciekawi i nietuzinkowi bohaterowie, fabuła wychodząca poza utarte schematy, oraz wszystkie mniejsze i większe smaczki wpływające na odbiór całości sprawiły, że z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnych części.

Julii nigdy nie dane było zaznać normalności. Zamknięta w zakładzie psychiatrycznym z powodu tajemniczych i śmiertelnych mocy, których nie potrafiła zrozumieć dzień po dniu traciła część siebie. Odizolowana, żyjąca w ciągłym poczuciu winy i strachu przed samą sobą dziewczyna staje się nagle ważną kartą w rękach Komitetu Odnowy sprawującego władzę nad światem. Dzięki sojusznikom udaje się jej jednak uwolnić i przenieść do Punktu Omega - miejsca jednoczącego ludzi posiadających tak jak ona nadludzkie moce, szkolonych do przeciwstawienia się panującej władzy.

Porzućmy jednak zdarzenia opisywane w poprzednich tomach. W końcu tak wiele się zmieniło. Punkt Omega został zrównany z ziemią, jedynie garstce jego mieszkańców cudem udało się przetrwać, władza jeszcze nigdy nie była tak silna, a Julia...? Julia to już nie ta sama dziewczyna, którą znaliśmy z poprzednich tomów. Teraz to pewna siebie, świadoma swojej siły, wiedząca doskonale czego chce i nie bojąca się wykorzystać wszelkich środków, aby to zdobyć młoda kobieta, gotowa rozpętać wojnę mającą przynieść długo oczekiwane przez wszystkich katharsis.

Jej głównym sprzymierzeńcem nieoczekiwanie staje się Werner -dowódca jednego z sektorów, postrzegany przez wszystkich jako okrutny socjopata, który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel. Jego relacja z Julią tak jak wszystko inne zdążyła jednak ewoluować, a dziewczyna już w poprzedniej części zaczęła odrywać, iż bezwzględność okazywana na każdym kroku jest jedynie fasadą, za którą chłopak skrywa swoje prawdziwe oblicze.

Wysunięcie na główny plan postaci Wernera było najlepszą rzeczą jaka mogła przytrafić się książce. Nie ma co ukrywać, to nie poprawny do granic możliwość Adam, złamana Julia, czy cała reszta kramu była siłą napędową całości, lecz właśnie tajemniczy i niedostępny Werner. Charyzmatyczny 19-latek, trzymający w garści cały sektor od początku zwrócił moją uwagę. Jego zachowanie początkowo nieobliczalne i niezrozumiałe z biegiem czasu zaczynało nabierać sensu, a relacja z Julią wraz z rozwojem akcji tylko nabierała rumieńców. Między tą dwójką iskrzyło już od początku, kwestią czasu wydawało się jedynie przerodzenie ich znajomości w coś większego, a Adam, który nagle ujawnił swoją prawdziwą naturę - użalającego się nad swoim losem podrostka - stał się jedynie denerwującą, jednak koniec końców nieszkodliwą przeszkodą.

Wątek miłosny spycha na dalszy plan wszelkie inne włącznie z konfrontacją z przywódcą Komitetu Odnowy mającej zmienić losy świata. Nie jest to jednak w żaden sposób męczące czy wymuszane. To właśnie naturalność cenię sobie w twórczości Mafi najbardziej. Każdy wątek ma swoją przyczynę i skutek, brak zwrotów akcji wyciągniętych niczym królik z kapelusza. I nawet jeśli niektóre momenty uznać można za naciągane nie wpływają one negatywnie na odbiór całości. A jeśli koniec znanego wszystkim świata musi ustąpić wobec rozterką uczuciowym pewnej dziewczyny, widocznie ma to jakieś znacznie...
Mocną stroną trylogii byli i wciąż są bohaterowie. Jestem zadowolona, że ich charaktery rozwijały się wraz z rozwojem historii. Silna Julia stała się dużo ciekawszą postacią niż próbująca poukładać swój świat na nowo, zagubiona dziewczyna. Zmiana jej charakteru dodatkowo uwidacznia się w prowadzeniu narracji. Wcześniejszy sposób wypowiedzi, chwilami wręcz zahaczający o anakoluty świadczących o rozterkach dziewczyny, został niemalże całkowicie porzucony.

Podobnie sprawy mają się odnośnie Wernera. Uczłowieczenie poprzez ukazanie motywów jego postępowania było tym na co prawdopodobnie większość czytelników liczyło od dawna. W moim odczuciu lekko irytujący wydawał się fakt, iż autorka w oczach pozostałych rozgrzeszyła go niemalże ze wszystkich występków. Nie było to ani nowatorskie, ani zaskakujące, na co po cichu liczyłam. Spodziewałam się wytłumaczeń zahaczających w większym stopniu o relatywizm moralny, nie zmienia to jednak faktu, że autorka swoim pomysłem na książkę i jego realizacją dość wyraźnie odcięła się od innych twórców literatury młodzieżowej.

Na koniec warto nadmienić także o wyjątkowo ładnym i dość kwiecistym sposobie pisania autorki. Uwielbiam zatapiać się w wyobrażeniach pisarza dzięki licznym i oddziałującym na wyobraźnie opisom. Choć te stworzone przez Mafi są inne niż znane mi z dzieł Zafona, Dickensa czy innych, przyciągały uwagę i sprawiały, że czytanie książki stawało się przyjemnością samą w sobie, a nie jedynie ze względu na przedstawioną w niej fabułę.

Sięgając po "Dar Julii" doskonale wiedziałam czego spodziewać się pod względem fabularnym. Nie oczekiwałam niespodziewanych zwrotów akcji, ani zaskakującego zakończenia. Dużo ciekawszy okazał się sam proces prowadzący do takiego, a nie innego końca historii. Nie spodziewałam się, że tak trudno będzie mi rozstać się z tą serią. Moja czytelnicza przygoda zapoczątkowana przez "Dotyk Julii" okazała się jednak na tyle interesująca, iż nie sposób żałować żadnej chwili poświęconej na czytaniu kolejnych rozdziałów.

Moja ocena : 5


Hipnotyzujące okładki poszczególnych części trylogii:




                  Dotyk Julii - Tahereh MafiSekret Julii - Tahereh MafiDar Julii - Tahereh Mafi

I. "Dotyk Julii" (recenzja)
II. "Sekret Julii"                
III. "Dar Julii"                     
            
Ocena serii: 5+



środa, 11 czerwca 2014

"Felix, Net i Nika oraz tajemnica Czerwonej Hańczy" Rafał Kosik

Felix Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy - Rafał KosikZwariowane przygody trójki niesfornych gimnazjalistów towarzyszą mi już od kilku lat i pomimo tego dość znacznego upływu czasu, wciąż niezmiennie bawią. Rafał Kosik - wielbiciel motoryzacji oraz, nie zawsze zrozumiałych dla zwykłych zjadaczy chleba, technologii już po raz jedenasty zabiera nas do swojego świata.

Tym razem wraz z głównym bohaterami będziemy uczestniczyli w międzynarodowej wymianie, z racji której do warszawskiego gimnazjum im. Stefan Kuszmińskiego przybędzie sporo ciekawych osobistości, a wraz z nimi nowe problemy. Weźmiemy także udział w wyprawie nad tytułową Czerwoną Hańczę, która z powodu niefrasobliwości pani Helenki z planowanego spokojnego wypoczynku zmieni się w obóz przetrwania z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście nasi bohaterowie nie byliby sobą gdyby w międzyczasie nie planowali czegoś wielkiego. Przekonani, iż w głębinach jeziora ukryty jest skarb nie omieszkają wykorzystać okazji, aby go zdobyć.

Osoby, które już wcześniej miały styczność z tą serią wiedzą dokładnie czego mogą się spodziewać, te które nie miały takiej okazji powinny przygotować się na dużo dawkę humoru, nietuzinkowych rozwiązań, całą masę nowinek technologicznych, oraz terminów z zakresu fizyki i informatyki. Brzmi dziwnie i odstręczająco? Nic bardziej mylnego!

Szybkie i niekonwencjonalne wprowadzenie do fabuły zawarte w każdym tomie :)

W najnowszej powieści Kosik po raz pierwszy zdecydował się rozdzielić superpaczkę, co okazało się zabiegiem w mojej opinii udanym, gdyż pokazujący zarówno akcje jak i relacje łączące bohaterów z szerszej perspektywy. Innym odstępstwem od schematu jest także stosunkowo mała ilość robotów i innych technologicznych wspomagaczy. Nie jestem i raczej nigdy nie będę fanką tego elementu w powieści, jednakże doskonale zdaję sobie sprawę, iż jest to właśnie to co odróżnia serię od innych produktów tego typu znajdujących się na rynku i jej znak rozpoznawczy. Raz na jakiś czas autor skłania się jednak w stronę swoich antytechnicznych fanów i tworzy części, które bazują niemalże całkowicie na sprycie i pomysłowości głównych bohaterów i tak właśnie jest w przypadku "...sekretu Czerwonej Hańczy" co wyjątkowo mnie ucieszyło :)
O serii Kosika długo mogłabym mówić w samych superlatywach, jednakże aby uwiarygodnić swoją opinię czuję się zobligowana obiektywnie dostrzegać minusy. Przez dość długi czas łudziłam się, że bohaterowie będą dorastać razem ze mną. Niestety tak się nie stało. Z tego też powodu, starsi czytelnicy traktować mogą ją z przymrużeniem oka. Sądzę jednak, że świetnie wykreowani bohaterowie ( i nie chodzi mi tu o ich głębię psychologiczną, tylko właśnie na odświeżeniu utartych schematów) i nieprzeciętny humor nadrabiają te niedociągnięcia z nawiązką.
Co się tyczy samej fabuły chwilami miałam wrażenie, że Kosik w jednej książce starał się połączyć kilka naprawdę świetnych wątków, które jednak nijak się ze sobą nie łączą. Cóż... może to był tylko wstęp do następnej części, którą i tak będę wyczekiwać z niecierpliwością...?
Książkę polecam każdemu, zarówno osobom zaczynającym dopiero swoją czytelniczą przygodę jak i tych, którzy swoje serce już dawno oddali książkom. Poszczególne części nie są ze sobą ściśle związane tak więc kolejność czytania nie jest z góry określona, choć wiadomo, czytając całość po kolei wychwycimy więcej smaczków...

Ocena: 5


Seria "Felix, Net i Nika":





czwartek, 5 czerwca 2014

"Natalii 5" Olga Rudnicka


"Natalii 5" to chyba jeden z najbardziej postrzelonych kryminałów jakie przyszło mi czytać, i właśnie za to go tak lubię...
Historii stworzonej przez Rudnickiej daleko od konwencjonalnych chwytów, stosowanych przy tego typu literaturze. Mamy trupa, jednakże nic nie wskazuje na morderstwo. Mamy śledztwo, które toczone jest jednak wyłączenie na podstawie domysłów jednego z komisarzy. Ostatecznie mamy też 5 sióstr, które nie wiedziały o swoim wzajemnym istnieniu przez całe życie, oraz ogromny spadek, który przyszło im dzielić.
Już od pierwszych stron książka przypadła mi do gustu. 5 kobiet noszących to samo imię i nazwisko - Natalia Sucharska, dopiero podczas odczytywania testamentu dowiadują się o swoim pokrewieństwie, oraz o prawdziwym obliczu tatusia, który okazał się kłamcą, bigamistą, milionerem, a także samobójcą. Z takiego wprowadzenia ie mogło wykluć się nic nieinteresującego, szczególnie, że wszystkie panie Sucharskie obdarowane zostały przez naturę diabelskimi charakterkami, oraz równie piekielnym temperamentem. Zmuszone do wspólnych poszukiwań ukrytego skarbu, będą musiały pogodzić się ze sobą i swoim przeznaczeniem. Nie będzie to jednak łatwe, gdyż na pozór dzieli je wszystko - wiek, doświadczenie życiowe, zainteresowania oraz miejsce zamieszkania.
Najstarsza z nich zwana Anną. to niemalże 30 letnia kobieta, chłodna. niedostępna, poświęcająca się swojej karierze, Natalia Suszyńska po mężu Dębska to 27 letnia kura domowa z dwójką niesamowicie bystrych dzieciaków, Nata to szukająca natchnienia pisarka, pracująca na co dzień w gazecie, Magda ekscentryczna studentka z zamiłowaniem do czarnych ubrań, a Natka - zahukana w sobie licealistka wychowywana przez despotyczną matkę.
Jak się jednak okazuje każda z nich posiada odrobinę szaleństwa, które razem sprawia, że ich działania są kompletnie nieprzewidywalne. Siostry kłócą się, skaczą sobie do gardeł, jednakże w obliczu zagrożenia z zewnątrz stają za sobą murem i za wszelką cenę bronić swojej prywatności w imię zasady - to ich życie i nikomu nic do tego.
Ich historia chwilami przypomina improwizowaną sztukę teatralną, w której zdarzyć może się dosłownie wszystko. Widać to szczególnie w pewnej kapitalnej scenie, w której wszyscy bohaterowie znajdują się w posiadłości Natalii i niczym marionetki w rękach diabolicznych sióstr odstawiają farsę, której cel znany jest wyłącznie 5 kobiet.
 Tak na dobrą sprawę nie jest to nawet kryminał, lecz perypetie zdrowo pokręconej rodzinki z poszukiwaniem skarbu na miarę Indiany Jonesa w tle, okraszone czymś znacznie więcej niż szczyptą humoru.
Gorąco polecam :D

Moja ocena : 5







Jeśli spodobało Ci się "Natalii 5" sięgnij także po:
Drugi przekręt Natalii - Olga RudnickaPowtórka z morderstwa - Monika Szwaja
"Drugi przekręt Natalii" Olga Rudnicka
"Powtórka z morderstwa" Monika Szwaja




poniedziałek, 6 maja 2013

"Zbrodnia i kara" Fiodor Dostojewski [Blue]

Któż z nas nie słyszał o tym "pogromie uczniów-licealistów" ? Fakt, książka może figuruje w indeksie lektur szkolnych, lecz, o dziwo, okazuje się być całkiem przyjemną powieścią psychologiczną.
Głównym bohaterem dzieła jest Rodion Romanowicz Raskolnikow. Jest on zubożałym studentem, który ledwo wiąże koniec z końcem. Oczywiście uważa to za okropną niesprawiedliwość świata względem jego osoby. Wyznaje całkiem ciekawą teorię - jeżeli świat jest zbiorem jednostek, to wśród nich można wyróżnić jednostki wszawe oraz wybitne. Rodion uważa siebie za właśnie taką ponadprzeciętną jednostkę, zdolną do popełnienia zbrodni doskonałej, z zimną krwią. A wszystko po to, by jednostce plugawej odebrać jej dobra i rozdać bardziej potrzebującym. Nie zamierzam zdradzać zbyt wiele, choć wiem, ze większość ludzi zna choćby zarysy całej akcji ze streszczeń. Powiem jedynie, że cały utwór skupia się na psychologicznych efektach, które wywołuje zbrodnia.
Co jest szczególnego w tej pozycji? Na pewno dogłębne studium zbrodni oraz kary. Dużo jest tu też niejasnych postaci. Uważam, że to zasługuje na uznanie. W końcu, nie każdy człowiek jest tylko "dobry", albo tylko "zły". Brak postaci negatywnych i pozytywnych nadaje powieści realizmu. widzimy, że świat składa się z różnych odcieni szarości, a nie tylko (jak na przykład w "Nad Niemnem") z bieli i czerni. Całość napisana jest całkiem płynnym językiem, a rozdziały zakończono na najciekawszych momentach ( A niech cię, Fiodorze Dostojewski! ). Fakt, jej długość może przerazić mało wytrwałych czytelników. Podobnie też sam początek, który w gruncie rzeczy jest...nudny. Akcja rozwija się dopiero wraz z nadejściem części drugiej (całość złożona jest z sześciu części i epilogu).
Ogólnie rzecz biorąc, "Zbrodnia i kara" to pozycja niezwykle ciekawa, przedstawiająca różne sytuacje życiowe pod względem psychologii i słabości ludzkiej. Uważam, że wyrządzono jej wielką krzywdę, dopisując ją do kanonu lektur. Interpretacja szkolna jest po prostu żałosna. Jeśli według nauczyciela, rozdział popełnienia morderstwa był tytułową "zbrodnią", a "karą" był tylko etap zakończenia złożony z kilkunastu zdań, to ja już nie chcę omawiać dobrych książek w szkole. Chyba raczej należałoby się zastanowić nad tym, co tak na prawdę jest zbrodnią, a co karą w tym utworze. Całość podsumowania pozostawiam wam, kochani czytelnicy. Ten utwór odbiera się zbyt indywidualnie, by móc napisać sensowną puentę.  

[ Blue]
Moja ocena : 5

Zbrodnia i kara - 0
[Avia]: Jako, że w ostatnim czasie także czytałam tę książkę dorzucę swoje 3 grosze :) "Zbrodnia i kara" była dla mnie chyba jednym z większych niespodzianek książkowych ever. Tomiszcze grube jak cegła straszyło mnie od dobrych kilku miesięcy, gdy jednak sięgnęłam czytanie jej okazało się czystą poezją. Z pewnością jest to jedna z lepszych lektur szkolnych, posiadającą naprawdę ciekawą fabułę, oraz bohaterów, których nie możemy jednoznacznie ocenić, co było ogromnym plusem. Dodatkowo podpisuję się pod wszystkim co napisała Blue:) Jest to jedna z niewielu lektur (niestety), której występowania w kanonie nie będę w żaden sposób negować, oraz dowód na to, że hasło "czytam bo muszę" można w niektórych przypadkach postawić na równi z "czytam bo chcę".

wtorek, 30 kwietnia 2013

"Kraina cienia\Dziewiąty klucz\Kraksa w górach" Meg Cabot

Meg Cabot - amerykańskiej pisarki dla nastolatek i dorosłych chyba nikomu nie trzeba przedstawiać . Książki wychodzące spod jej pióra (tudzież klawiatury) są lekkie, łatwe i przyjemne; doładowujące pozytywną energią. Książki Cabot można uznać za uniwersalne. Po jej twórczość sięgałam mając 13 lat, następnie 16, a teraz stojąc u progu dorosłości postanowiłam znów do niej powrócić. Pośród całej gamy tytułów wybrałam serię "Pośredniczka" i ponownie zatopiłam się w lekturze.

Historia rozpoczyna się wraz z chwilą przybycia głównej bohaterki Susanah (dla przyjaciół Suze) do Kalifornii, gdzie ma zamieszkać wraz z matką, jej nowym mężem, oraz trójką przybranych braci. Nowy dom okazuje się posiadać jednak nieproszonego lokatora - ducha pewnego ranczera skazanego na błąkanie się po pokoju, w którym został zamordowany przeszło 150 lat temu. Oczywiście nikt nic nie robi sobie z jego obecności, gdyż jako postać niematerialna umyka uwadze domowników; wszystkich oprócz Suze, która już w dzieciństwie odkryła, że potrafi widzieć umarłych. Jej rola nie ogranicza się jedynie do samej komunikacji z duchami. Dziewczyna jest pośredniczką między światem żywych i martwych, której zadaniem jest niesienie pomocy zbłąkanym duszom, które nie mogą przejść na drugą stronę. Nieoczekiwanie sojusznikiem staje się dla niej dyrektor miejscowej katolickiej szkoły średniej - ojciec Dominik, który także posiada ten dar.

Każda książka ( a przynajmniej 3 pierwsze części) opowiada osobną historię, połączone ze sobą jedynie wątkiem fabularnym. W "Krainie cieni" Suze będzie musiała zmierzyć się z duchem dziewczyny, która po zerwaniu z chłopakiem popełniła samobójstwo i z zaświatów próbuje ściągnąć nieszczęsnego chłopaka do siebie pozbawiając go życia. W drugiej zmuszona zostanie do przekazania wiadomości, która opacznie zrozumiana zaprowadzi ją na trop tajemniczego biznesmena, którego firma ma na sumieniu kilka tajemniczych zaginięć pośród niewygodnych dla niej osób. Dziewczyna przekona się także, że czasami to żywi sprawiają więcej problemów niż ludzie, którzy opuścili już ziemski padół. W "Kraksie w górach" będzie powstrzymywać 4 wściekłych duchów przed zamordowaniem sprawcy wypadku, który zrzucił ich samochód do morza sam wychodząc przy tym bez szwanku.

Książki Cabot pisane są bardzo luźnym stylem, czym ujęła swoich fanów. Jeśli ktokolwiek spodziewa się głębszych (nawet jak na młodzieżowe standardy) przemyśleń, nie ma w nich co szukać, dla tych, którzy oczekują jednak rozrywki w najczystszej postaci śmiało już dziś mogą się za nią zabrać. Suze pomimo wielu zmian nie ma problemów z ponownymi zaślubinami swojej matki, czy adaptacją w nowym miejscu, wręcz przeciwnie. Gorąca Kalifornia błyskawicznie stała się jej domem, a w nowej szkole niemalże natychmiast stała się popularna i poważana. Nie ma tu naciąganej teen dramy, co mnie bardzo cieszy. Bo ileż można czytać o skrzywdzonych i/lub zmagających się z problemami postaciach. Jednak dla większości z nas brak dramy = nuda. Seria ta udowadnia jednak, że nie jest to prawdą. Pomimo nieskomplikowanej fabuły każdy rozdział czyta się zprzyjemnością. Książki opierają się na utartych schematach, co w tym wypadku, (w przeciwieństwie do większości pozycji )jest zaletą, a nie wadą. Doskonale wiemy czego się spodziewać, dlatego też czyta się ją wolno, a nie z chorobliwym zacięciem, bo "muszepozanćzakończenieboniewyrobie". Głównej bohaterki nie da się nie lubić. Jest to zwykła dziewczyna z sąsiedztwa, lekko stuknięta i zdrowo zakręcona, potrafiąca wyjść cało z każdej opresji (choć w większej mierze zawdzięcza to szczęściu niż umiejętnościom). Czytając o jej przygodach dodatkowo okraszonych zabawnymi dialogami nie sposób się nie uśmiechać.
Nie jest to może zbyt ambitna literatura, za to doskonale nadająca się w czasie wiosennych depresji, przeciążenia nauką, okresu gdy "nicmisięniechce" itd. Fakt, że powracam do niej po raz kolejny powinien być najlepszą zachętą.

Moja ocena: 5 


https://encrypted-tbn1.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcT_S1WGumPCuLVQhPeThHDjGR2Sx5b4mYLthtViANqJgfPcbTV1Og
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhrFaAqtt4dEH8c1nBPAbYGdEtyoNkG_PJvhQRbN0zUa32G_Z02VOj4zRgldrhcO-zjmL0F_VQBxBUEZnEV9NH5HjD07qSNFp535E7cjG_R5mEqsOtgs0leblWk7E-qq_vK45UvazNg8otw/s1600/cykl+posredniczka.jpg                                                                                       
    Seria Pośredniczka: 

I. "Kraina cienia"
II. "Dziewiąty klucz"
III. "Kraksa w górach"
IV. "Najczarniejsza godzina" (najciekawsza)
V. "Nawiedzony"
VI. "Czwarty wymiar"








Książki przeczytane w ramach wyzwania: Czytam fantastykę

sobota, 20 kwietnia 2013

"Dotyk Julii" Tahereh Mafi

Gdy myślałam, że wyczerpałam już swój miesięczny limit książek z gatunku antyutopie na mojej drodze stanął "Dotyk Julii". Pozycja rekomendowana przez Nikę jako niekonwencjonalne podejście do tematu, zaintrygowała mnie i sprawiła, że postanowiłam spróbować jeszcze raz.

Julia w wieku 14 lat została zabrana z rodzinnego domu do zakładu psychiatrycznego. Powód? Julia posiada moc, moc sprawiającą, że potrafi zabić samym dotykiem. Dziewczyna odrzucona i nierozumiana przez społeczeństwo od zawsze żyła w odosobnieniu. Zamknięcie jej w szpitalu było jedynie namacalnym zwieńczeniem jej izolacji. Chodź życie Leny trwa w permanentnym bezruchu tego samego nie można powiedzieć o świecie zewnętrznym, od którego dzieli ją gruby mur.  Najgorsze przewidywania ekologów spełniły się - ludzie doprowadzili matkę ziemię do upadku. Sytuację tą skwapliwie wykorzystał Komitet Odnowy, który pod hasłami przywrócenia dawnego ładu i ocalenia ludzkości wprowadziło jeszcze większy chaos i uruchomiło machinę terroru. Organizacja postawiła sobie jednak wyższe cele - pragnie przejąć władzę totalną nad całym światem. Do tego przedsięwzięcia potrzebna jest im jednak moc dziewczyny, którą postrzegają jako żywą machinę tortur. Zabrana do siedziby przywódcy Komitetu Odnowy zmuszana będzie do przyjęcia ich propozycji. Dziewczyna jednak buntuje się i przestaje biernie przyglądać się swojemu życiu, gdyż na jej drodze staje dawny sojusznik, który postanawia walczyć wraz z nią.

Już od pierwszych stron widać, że narracja prowadzona jest w sposób nietypowy. Fabuła ujawniana jest powoli co w pierwszej fazie może zniechęcić osoby przyzwyczajone do natychmiastowego rozeznania się w niej. Sytuacja zakreśla się nam na podstawie subiektywnych opinii tytułowej Julii. Sam sposób zapisywania przemyśleń także jest nietuzinkowy, pełny przekreśleń i urwanych zdań. Bardzo podoba mi się fakt, iż autorka nie boi się odejść od utartych schematów. Zastawiając "Dotyk..." z większością pozycji dla młodzieży bez trudu można to zauważyć. Mocną stroną książki są także bohaterowie, którzy nie są mdli, nudni i zbyt przerysowani. Dawno nie spotkałam się w książkach młodzieżowych z bohaterem kreowanym na masochistycznego psychopatę. Także główną bohaterkę nie można uznać za wiecznie szukającą wsparcia i pomocy księżniczkę, bezwarunkowo liczącą na swojego księcia z bajki. Julia posiada stosunkowo mocną osobowość, potrafi się postawić, odmówić, czy szukać odpowiedzi nie oczekując, że ktokolwiek będzie ją wyręczał. Ogromnym plusem było też dla mnie sposób
prowadzenia wątku miłosnego (który jak w każdej innej tego typu produkcji - musi być). Wątek ten nie był w żaden sposób wpakowany na siłę, nie odgrywał też pierwszych skrzypiec zagłuszając tym samym resztę fabuły. Był prowadzony w sposób naturalny i wyważony. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie czułam się zdzielona obuchem przez miłość głównych bohaterów.

Choć nie przepadam za książkami, opowiadające o walce społeczeństwa z bagnem, w które sami się wpakowali (choć tu cała sytuacja posiadała także wydźwięk proekologiczny) "Dotyk Julii" czytałam z przyjemnością. Z pewnością w dużej mierze odpowiedzialnym za to było niekonwencjonalne podejście do tematu i sposób prowadzenia narracji (choć sam styl pisania autorki nie jest jakoś wybitny). Po przeczytaniu książki poczułam się z pewnością mile zaskoczona.

Moja ocena: 5

+ book trailer, jeśli ktoś lubi taki sposób promocji książki (osobiście średnio za nim przepadam):

Książka przeczytana w ramach wyzwania: "Czytam fantastykę"

piątek, 22 marca 2013

"Misja Ambasadora" Trudi Canavan

Proza pani Canavan zdobyła moje serce wraz z przeczytaniem "Trylogii Czarnego maga", dlatego też ogromnym szczęściem napawał mnie fakt, iż autorka postanowiła napisać kolejną trylogię opowiadającej o losach mieszkańców Kyralii i Krain Sprzymierzonych. Dlatego też gdy tylko "Misja Ambasadora" wpadła w moje objęcia , z uśmiechem na ustach na powrót zanurzyłam się w ten magiczny świat....

Akcja książki obejmuje wydarzenia rozgrywające się 20 lat po najeździe Ichanich opisanym w "Wielki Mistrzu". Głównym bohaterem powieści tym razem staje się Lorkin  - syn Sonei i Wielkiego Mistrza Akkarina. Jest on młodym człowiekiem szukającym sensu życia i swojego miejsca na ziemi. Gdy niespodziewanie dowiaduje się o poszukiwaniach wyższej magii przez Mistrza Dannyla mających odbywać się na terenach Sachaki, postanawia dołączyć do niego. Oczywiście na drodze do zamierzonego celu staje mu matka objęta panicznym strachem o życie syna, który poprzez zatargi swoich rodziców z rdzennym mieszkańcami owego kraju szczególnie narażony jest na ataki. Jej przeczucia nie były bezpodstawne, gdyż nie długo po opuszczeniu Gildii Lorkin zostaje zmuszony do ucieczki w celu uchronienia żywota.
Jak w poprzednich częściach tak i tu obserwujemy szereg wątków pobocznych. Wśród Złodziei pojawia się tajemniczy morderca pozbawiający życia co bardziej wpływowych przedstawicieli tego jakże zacnego ugrupowania. Jego ofiarą pada również rodzina Cerego, który od tej pory nieustępliwie szuka winnego. Dochodząc do wniosku, iż zabójca jest magiem zwraca się o pomoc do Sonei, która jako Czarny Mag sama nie może narzekać na niedomiar problemów.

Już na samym początku warto zaznaczyć, że jestem ogromną fanką wszelkiego typu sequeli, prequeli, czy spin-offów. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak potoczą się losy bohaterów w przyszłości, która zawarta jest już po postawieniu kropki w ostatnim zdaniu. Czym większy odstęp czasu, tym lepiej. Odkrywanie zmian sprawia mi ogromną frajdę, a w Kyrlandii niewątpliwie zmieniło się sporo: zaprzestano corocznych czystek, uzupełniono luki w historii, zaczęto szkolić
magów spoza Domów.  Dodatkowo na nowo mamy możliwość spotkać się z bohaterami, którzy także przeszli przemianę.  Miło było przeczytać jak Sonea z zagubionej dziewczyny stała się silną kobietą, jedną z najpotężniejszych osób w Gildii. Początkowo obawiałam się, że poprzez moje przyzwyczajenie do dawnych bohaterów nie będę potrafiła polubić nowych i z utęsknieniem będę wypatrywać fragmentu z nimi. Jednak myliłam się. Pani Canavan ma prawdziwy talent do tworzenia barwnych, żywych bohaterów. Także wykreowany świat jest bardzo realistyczny. Autorka niejednokrotnie przenosi problemy z naszej rzeczywistości do swojej powieści. Tym razem sprawa tyczy się uzależnień społeczności Kyrlandii od gnilu, powszechnie dostępnego narkotyku, przy którym na nic zdają się uzdolnienia uzdrowicielskie.   W "Misji..." przybliżone zostały nam także tereny Sachaki, oraz ich mieszkańców (jak dotąd ukazanych  jedynie z tej ciemniejszej strony). Istnienie ugrupowania złożonego z kobiet silnych, przebojowych, gotowych sięgnąć po swoje, które poznajemy wraz z głównym bohaterem, spowodował, że moje feministyczne "ja" było bardzo usatysfakcjonowane. Opisy tak jak i w poprzednich są bardzo plastyczne i oddziaływające na wyobraźnie, przez co czytanie tej w końcu nie tak cienkiej lekturki,  jest bardzo przyjemne.

Początkowo moją radość mąciła nutka niepewności, czy aby książka ta nie została napisana jedynie dla komercyjnego sukcesu, do którego osiągnięcia wystarczyłoby samo sygnowanie tej pozycji nazwiskiem autorki. Moje obawy rozwiały się jednak natychmiast. (Sama autorka wspomina zresztą, iż książkę tę pisało się jej łatwiej niż trzeci tom trylogii wcześniejszej). Choć "Trylogia Zdrajcy" niewątpliwie łączy się z "Trylogią Czarnego Maga", jest ona całkiem odrębną historią, która nie zmusza niego do zapoznania się z wcześniejszymi dziejami bohaterów (choć niewątpliwie jest to większa radocha (przynajmniej dla mnie :)). Polecam.

Moja ocena: 5