
Jedną z nich jest "Samotnia" Dickensa - dzieło niebywale długie (1024 strony, małą czcionką!) i z pewnością tym samym odstraszające potencjalnych zainteresowanych. Osobiście jednak widząc jej grubość postanowiłam zmierzyć się z własnymi lękami i podjąć wyzwanie.
Przyznam szczerze nie była to rzecz dla mnie łatwa zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Podczas czytania doszło u mnie niemalże do zwichnięcia nadgarstka (taki tomik jednak trochę waży), oraz regularnego nawrotu kataru i kaszlu z powodu kurzu tworzącego wokół mnie swoistego typu aurę, wraz z każdym przewróceniem strony. Może i z daleka wyglądałby to magicznie jednak jako uczestnik tegoż wydarzenia szczerze nie polecam.
Przejdźmy jednak do treści.
Akcja utworu toczy się na dwóch płaszczyznach - jako opowiadania Estery, w formie pamiętnikarskiej, oraz odautorskiej narracji dotyczącej pozostałych bohaterów powieści. A tych jak na Dickensa przystało jest całkiem sporo. Wpływa to w dużej mierze na objętość tego tomiszcza, gdyż każda z nich jest dokładnie przedstawiona i omówiona, począwszy od detalów jak np. nawyki śniadaniowe, a na koligacjach rodzinnych cztery pokolenia wstecz skończywszy. Przyznam szczerze, że nie napawało mnie to radością, gdyż o ile chodzi o postacie pierwszo- i drugoplanowe taki zabieg jest wręcz wskazany, aby czytelnik mógł nawiązać z nimi więź, o tyle w przypadku bohaterów czwartoplanowych jest zbędne. Na tym jednak na koniec. Jeśli ktoś z was kiedykolwiek narzekał na opisy przyrody w "Nad Niemnem" z pewnością po lekturze "Samotni" zmieni swoje zdanie. U Dickensa śnieg nie pada, tylko "z błękitnego nieboskłonu powoli, niby niesiony opiekuńczymi podmuchami wiatru opada w postaci śnieżnobiałego puchu, okrywając ziemski padół". Nie jest to oczywiście dokładny cytat, ale nie wiele w niem przesady.
Ryciny niewątpliwie uatrakcyjniają treść |
Wiele osób właśnie za malowniczość w tworzeniu wszelkiego typu opisów ceni sobie najbardziej twórczość Dickensa, jednakże jeśli zajmują połowę 1024 stronicowego dzieła, to jednak troszeczkę za dużo. Szczególnie, że historia sama w sobie nie potrafi przyspieszyć w żaden sposób czytania. Całość więc dłuży się niemiłosiernie. Brakowało tej wartkiej akcji i subtelnego humoru tak dobrze znanego mi z "Dawida Copperfielda". Zamiast tego otrzymałam szczegółową charakterystykę ówczesnego sądownictwa ukazanego poniekąd w krzywym zwierciadle, oraz wielopokoleniowy dramat rodzinny. Jest to może i całkiem ciekawa lekcja historii oraz dowód na to, że mentalność ludzka nie uległa znacznym zmianom nawet jeśli czasy i obyczaje są obecnie całkiem inne, jednak nie potrafiło to przykuć mojej uwagi i szybko ogarnęło mnie znudzenie.
Uwielbiam XIX wieczne powieści ze wszystkim ich rozwlekłymi opisami, starymi obyczajami, niepowtarzalnym klimatem, oraz nonsensami jednak ta książka najzwyczajniej w świecie jest za gruba, a przez to zniechęcająca nawet najbardziej zagorzałych fanów.
Moja ocena: 3
Ach.. te stare książki.. |
1024 stron potrafi odstraszyć i mnie, ale to jest wyzwanie ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Świetne drugie zdjęcie (nie liczę okładki:)
OdpowiedzUsuńTwoja recenzja jest dobra i nie zachęca mnie do sięgnięcia po "Samotnie"
1024 strony mnie nie odstraszają, ale nie podoba mi się to, że akcja w żadnym momencie nie przyspiesza :)
OdpowiedzUsuń