Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 4/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 4/6. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

"Hopeless" Colleen Hoover

Raz na jakiś czas na rynku wydawniczym pojawia się powieść będąca dla wielu czytelniczym objawieniem. Najnowsza powieść  Colleen Hoover "Hopeless" jest bez wątpienia jedną z nich. Czytając liczne opnie wychwalające ją ponad niebiosa doszłam do wniosku, że nie znać tej pozycji w obecnej chwili jest lekko passe. Co jeśli dane jej zmienić jest także moje życie, a ja przez swoją niechęć do New Adult nie dam jej tej szansy?

Nie mogłam na to pozwolić.

Siedemnastoletnia Sky wiedzie dość specyficzne życie - mieszka z matką adopcyjną, która nie toleruje w swoim życiu nowinek technologicznych, jej przyjaciółka uznana jest za miejscową dziwkę, z powodu swojej niechęci do stałych związków, a sama protagonistka idąc za jej przykładem z chęcią przyjmuje w swoim pokoju chłopaków, jednakże odczuwa głęboką niechęć do rozpoczęcia z nimi współżycia. Po wielu latach domowej edukacji postanawia rzucić się w wir szkolnego życia. Tam spotyka tajemniczego Holdera – przystojnego buntownika, który po samobójczej śmierci siostry bliźniaczki wyjechał, dając innym pole do domysłów na temat jego domniemanego pobytu w poprawczaku z powodu bójki. Chłopak rzeczywiście wydaje się nieobliczalny czym przeraża Sky, tak samo mocno jak nagłym zainteresowaniem jej osobą.

Książki z gatunku New Adult, do którego „Hopeless” niewątpliwie należy nie cieszą się u mnie popularnością, dlatego też dość chłodno podchodziłam do tej jednej z najlepiej ocenianych książek minionego roku. Jest ona niemalże podręcznikowym przykładem dobrej książki dla młodzieży – mamy bohaterów doświadczonych przez los, młodzieńczą miłość, próby radzenia sobie z przeszłością i problem dużo poważniejszy niż „kocha, nie kocha”.

Sky zamknięta jest niczym w szklanym kloszu przez adopcyjną matkę. Marzy jej się życie zwykłej nastolatki, przez swój sposób wychowania nie jest jednak na to zbytnio gotowa. Będąc adoptowana w wieku pięciu lat, nie zna i nie stara się pamiętać życia wiedzionego przez siebie wcześniej. Wszystko  w co dotąd wierzyła zostaje podważone przez tajemniczego chłopaka, który przy pierwszym spotkaniu dostrzega w niej inną osobę. Dziewczyna czuje się skonfundowana zachowaniem chłopaka, który jednak staje się  jej towarzyszem w walce z rzeczywistością. Z czasem jego przypuszczenia, wydające się zwykłymi wymysłami cierpiącego serca, okazują się niebezpodstawne, a przeszłość dziewczyny rzeczywiście skrywa pewną tajemnice.

Książka obiektywnie patrząc jest bardzo dobrze zrealizowana. Mamy ludzkich bohaterów z całą paletą zalet stonowanych jednak przez wady, które każdy z nich posiada. Wydają się całkiem normalnymi młodymi ludźmi, z którymi można by się zaprzyjaźnić, pośmiać, zjeść pizze, czy pójść do kina. Aby nie było jednak zbyt cukierkowo i jak na New Adult przystało, głównym bohaterowie nie w głowie imprezy i zabawy. Dręczą ich demony, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Potrzebują siebie nawzajem i o dziwo pomimo własnego bólu skutecznie wspierają siebie nawzajem. Relacja między Holderem i Sky prowadzona była bardzo spokojnie, co było ogromną zaletą. Ani przez chwilę przez głowę nie przeszła mi myśl, że ich związek był nienaturalny; wymuszony przez wizję autorki. To co działo się między nimi toczyło się jakby poza stronicami, gdzieś w alternatywnej prawdziwej, nieokreślonej literami, rzeczywistości.

Co ważne przy takiej eskalacji problemów autorka nie doprowadza czytelnika do przygniecenia wagą wydarzeń rozgrywającymi się w powieści. Choć rzeczy, które zgotowała naszej protagonistce przerażają i przytłaczają swoją prawdziwością wszystkie negatywne uczucia stonowała tym jednym, najbardziej pozytywnym – miłością głównych bohaterów. Czytało się o tym całkiem przyjemnie, szczególnie, że pomimo początkowych zgrzytów w narracji całość prowadzona była płynnie i całkiem zgrabnie językowo.

Jestem pozytywnie zaskoczona, że wciąż powstają książki skierowane dla młodzieży, które niosą ze sobą coś mądrego i nie pozwalają zamknąć oczu na otaczającą nas rzeczywistość. Książka ta nie była dla mnie na tyle przełomowa, abym zmieniła swoje nastawienie do tego gatunku. Spędziłam z nią kilka miłych godzin, jednakże nic po za tym. Nie potrafiłam zdobyć się na nic ponad dość chłodny obiektywizm, który jednak przy każdym kroku pokazuje, iż powieść ta naprawdę zasługuje na miano dobrej.

Po książkach otrzymujących tak wysokie noty jak „Hopeless” spodziewam się zazwyczaj, że zawładną moim sercem i rozumem, lub odwrotnie – pozbawia złudzeń, zawiodą, uznam je za gniot i będę hejtować po wsze czasy. A "Hopeless"…

....Cóż "Hopeless" jest książką po prostu przeciętną.

Moja ocena: 4



piątek, 9 stycznia 2015

"Klucz" Mats Strandberg; Sara B. Elfgren

Skandynawskie kryminały od dawna święcą triumfy na całym świecie. Na polski rynek przebiło się jednak kilka książek, bynajmniej nie należących do tego gatunku, a pochodzących wprost ze Szwecji. Trylogia o miasteczku Engelsfors opowiadająca o grupie Wybrańców – czarownic władającymi sześcioma żywiołami, których celem jest zapobiegnięcie apokalipsie, zdobyła grono fanów na całym świecie. „Klucz” ostatnia część trylogii ponownie przenosi nas w świat Minoo, Anny-Karin, Vannesy i Lineii toczących nierówny los z przeznaczeniem.

Na początku było ich siedmioro - kilku zwyczajnych nastolatków władającymi mocami, których nie rozumieli i nad którymi nie do końca umieli zapanować. Ich krąg powoli zaczął się zmniejszać, a śmierć zabierała jego kolejnych członków. Teraz została ich jedynie czwórka. Trzy żywioły mające przyczynić się do zamknięcia portalu oddzielającego rzeczywistość ludzi od świata demonów, zostały na zawsze stracone. Dziewczyny mają świadomość, swojej bezsilności wobec zbliżającej się apokalipsy, nie tracą jednak nadziei i szukają nowych rozwiązań. Rada sprawująca władze w magicznym skutecznie im to uniemożliwia powołując nową grupę „Wybranych”. Dziewczyny nie potrafią jednak obdarzyć zaufaniem organizacji, która nieraz udowodniła już swoją bezwzględność i ślepe przestrzeganie zasad. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy do nowego kręgu dołącza Minoo, a nad Engelsfors pojawiają się pierwsze zwiastuny apokalipsy.


Zakończenia serii z zasady powinny najmocniej wpływać na uczucia czytelników – rozdzierać ich serca, zapierać dech w piersiach, wyciskać łzy z oczu. Niestety „Klucz” ma jedną zasadniczą wadę, która skutecznie uniemożliwiała mi zatopienie się we własnych emocjach – jest stanowczo zbyt długa. Seria Engelsfors składa się wyłącznie z opasłych ksiąg, w ostatnim tomie, który powinien być niczym laur na głowie zwycięzcy, było jednak stanowczo zbyt mało akcji i za dużo zdań. Chwilami miałam wrażenie, iż postacie wyłącznie myślą i dyskutują o tym co należałoby zrobić.
O ironio wraz z ilością wypowiadanych słów, poszczególni bohaterowie stawali się dla mnie coraz bardziej obcy. W czasie pierwszej fazy powstawania Kręgu poczynania, motywacje i zachowanie głównych bohaterek było czymś godnym uwagi. Pochodzące z różnych środowisk, obracające się w różnych kręgach towarzyskich dziewczyny zmuszone do współpracy próbowały pokonać wzajemne uprzedzenia i oddać się wyższym celom. Obecnie jednak ich osobowości starły się ze sobą i wszystkie są jednakowo irytująco nijakie. Sytuację ożywił nieco rozłam pomiędzy członkiniami Kręgu. To niosło jednak za sobą konsekwencje. Prowadzenie akcji dwoma niemalże niezależnymi nurtami było dość ciekawym posunięciem, gdyby nie fakt, iż zarówno w jednym jak i drugim brakowało konkretnych, mocnych punktów.

Po raz pierwszy dziewczyny stanęły przed problemem globalnym jakim był koniec świata, a nie działaniu przeciwko konkretnej jednostce pobłogosławionej przez demony. Pozbawienie fabuły głównego antagonisty otworzyło autorom możliwość wprowadzenia wątków pobocznych. Stał się nim niestety romans Vannessy i Lineii, który chwilami stawał się ważniejszy niż koniec świata. Żadna z nich już wcześniej nie była przeze mnie szczególnie lubiana – razem stały się prawie nie do zniesienia. Całość powinien jednak ratować wątek Minno współpracującej z Radą. To właśnie za jej sprawą zostaje nam przybliżona ta jakże tajemnicza organizacja, oraz mieszkańcy dworku. Niestety w dużej mierze jest to niewykorzystany potencjał.

Przyznać muszę, że byłam lekko zawiedziona poziomem zaprezentowanym w „Kluczu”. Po naprawdę mocnym cliffhangerze w drugiej części liczyłam na coś więcej. Autorzy, którzy nie bali się składać w ofierze czytelnikom głównych bohaterów, bez trudu tworzących, chwilami wręcz gęsty od emocji, szwedzki klimat zaprezentowali nam jedynie serię dialogów, monologów, wewnętrznych rozterek, historii rozstań i powrotów z apokalipsą w tle.

„Klucz” nie jest jednak powieścią złą. Pomimo tego, że mam w stosunku do niej naprawdę mieszane uczucia obiektywnie mogę jednak stwierdzić, że czytało się ją przyjemnie (pomimo 806 stron). Autorzy mieli ciekawy pomysł, który potrafili konsekwentnie prowadzić od początku do końca. Temat, który wybrali także nie był dla mnie – osoby wychowanej na Harrym Potterze – bez znaczenia. Serii „Engelsfors” nie można odmówić tego „czegoś” co sprawia, iż nie sposób oderwać się od kolejnych stron. W „Kluczu” tego „czegoś” było trochę mniej niż wcześniej nie przekreśla to jednak całkowicie fabuły w niej zawartej. Zabrakło jednak fajerwerków, które zapadły by głęboko w pamięć, szczególnie, że zakończenie historii samo w sobie było dobrze przemyślane, a co najważniejsze pozawalało na to, aby czytelnik sam dopowiedział sobie resztę historii.

Moja ocena: 4+


                                                                                                                
Trylogia „Engelsfors”:
„Krąg”
„Ogień”
„Klucz”

sobota, 15 listopada 2014

"Kiedy piorun uderza" Meg Cabot

Meg Cabot to autorka do której zawsze wracam. I nie mam w tej chwili na myśli sięganie po książki dopasowane do mojego wieku. Co to to nie. Pozostaję niezmiennie wierna jej głupiutkim powieściom dla nastolatkom, które nawet czytane po raz kolejny umilają mój czas.

Tym razem postanowiłam zaprzestać odświeżania historii, które znam już prawie na pamięć jak to bywało w przypadku „Pamiętników księżniczki”, „Pośredniczki” „Liceum Avalon” itd. i zacząć coś z czym nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Oczywiście tytułów do wyboru nie zostało wiele. Wręcz bardzo mało. A dokładnie jeden – seria "1-800-Jeśli-Widziałeś-Zadzwoń".

Schemat powieści Cabot jest bardzo prosty. Główną rolę powierzamy dziewczynie na pozór nie wyróżniającej się niczym szczególnym, obdarzamy ją nadprzyrodzonymi mocami lub stawiamy na jej drodze jakieś mega ważne, lub mega znane osobistości i niech się dzieje co chce. Śmiało można stwierdzić, iż czytelnik zaznajomiony z jedną powieścią autorki bez problemu przewidzieć może sposób prowadzenia fabuły w każdej innej wybranej przez siebie pozycji. Co sprawia więc, że książki te są tak lubiane?

Odpowiedź jest prosta – każda z powieści niesie z sobą taką dawkę pozytywnej energii, iż śmiało mogłaby być sprzedawana jako pigułka szczęścia. Autorka ma dar do tworzenia sympatycznych postaci, których historie czyta się bez zażenowania, nawet jeśli traktują o tym, o czym każda podrzędna młodzieżówka – nastoletnich dylematach, chłopakach, miłostkach. Z pewnością większość z nas wychowała się właśnie na tych powieściach i to właśnie one były wstępem do książkowego świata. Nie sądzę, że był to zły wybór…

Przejdźmy jednak do wrażeń po lekturze pierwszego tomu serii, o niewiele mówiącym tytule, „Kiedy piorun uderza”.

Jess wiedzie spokojne życie u boku rodziców i rodzeństwa. Dzieli je między szkołę, odsiadki po lekcjach za wszczynanie bójek (o których jej rodzice nie wiedzą nic) oraz pracę w rodzinnych restauracjach. Wszystko ulega jednak zmianie pewnego pochmurnego popołudnia, gdy zmuszona przez przyjaciółkę do pieszej wędrówki do domu zostaje trafiona piorunem. Następnego ranka odkrywa w sobie nadnaturalne zdolności – w śnie widzi miejsca, w których znajdują się zaginione dzieci. Niebawem wieść o jej zdolnościach dociera do mediów, FBI oraz armii. Zmuszona przez reporterów okupujących jej przydomowy ogródek do opuszczenia rodzinnych pieleszy udaje się do bazy wojskowej, gdzie działać ma na polecenie FBI.

„Kiedy uderza piorun” ma w sobie wszystko to za co cenię Cabot – przyjemną w odbiorze fabułę, lekką formę, zabawne dialogi i dylematy „przeciętnej” nastolatki, a co najważniejsze fajną protagonistkę gotową nieść pomoc uciśnionym, wdać w bójkę w obronie starszego brata, oraz zakochać w zbuntowanym harleyowcu, którego z całą pewnością nie zaakceptowaliby jej rodzice. Pomimo tego, że na pozór nic się nie zmieniło dostrzegam jednak pewne zgrzyty, które zaburzyły mi ten pozytywny odbiór. Cabot wyjątkowo poruszyła trochę poważniejsze tematy niż zazwyczaj przez co całość odbiera się dosyć dziwnie. Wątek zaginionych dzieci nie do końca przypasował mi do lekkiej formy szczególnie jeśli zostały dopisane do nich historie o przemocy domowej, a nawet morderstwie. Taka sama sytuacja mam miejsce jeśli chodzi o brata Jess chorującego na schizofrenie.
Przeniesienie akcji do zamkniętej bazy wojskowej także wydawał się dość niekonwencjonalnym zabiegiem, tak samo jak sceny pościgu, czy brawurowej wręcz ucieczki. Autorka wyraźnie postanowiła odejść od znanych sobie chwytów fabularnych. A szkoda… Z pewnością powieść tylko by na tym zyskała, szczególnie, że dość wyraźnie nawiązuje do innych pozycji autorki, na przykład w sposobie prowadzenia narracji w formie kronikarskiej.

Podsumowując:
Czas spędzony na lekturze „Kiedy uderza piorun” nie można uznać za zmarnowany (szczególnie, że nie jest go tak dużo). Książka pozwala na chwilę odprężenia i rozrywki. Bez wątpienia pozostanę wierna powieścią Cabot, choć seria"1-800-Jeśli-Widziałeś-Zadzwoń" nie będzie jednak prawdopodobnie należeć do moich ulubionych.


Moja ocena: 4

środa, 5 listopada 2014

"Płatki na wietrze" Virginia C. Andrews

 Po „Płatki na wietrze” – kontynuację sagi o rodzinie Dollangangerów – sięgnęłam z czystej ciekawości. Zaintrygowana losami Chrisa, Cathy, oraz Carrie nie zwlekałam zbyt długo z poznaniem ich dalszych losów, licząc iż nietuzinkowe wątki zaczęte w poprzednim tomie doczekają się kontynuacji utrzymującej dawny poziom.

Akcja kolejnej powieści rozpoczyna się dokładnie w miejscu zakończenia poprzedniej. Trójka ocalałego rodzeństwa podróżuje pociągiem w celu odnalezienia miejsca, w którym będą mogli zacząć na nowo życie, próbując zapomnieć o traumatycznych przeżyciach. Ich wędrówka zostaje jednak przerwana z powodu choroby najmłodszej latorośli. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pomocy udziela im czarnoskóra kobieta, która przypadkowo złączy ich losy z życiem pewnego osamotnionego lekarza. To właśnie dzięki niemu rodzeństwo na nowo zyska dom, poczucie bezpieczeństwa, oraz możliwość spełnienia swoich marzeń. Przeszłość nie daje jednak tak łatwo o sobie zapomnieć. Naznaczeni piętnem inności nie potrafią tak szybko odnaleźć się w nowych realiach, a w umyśle Cathy formułuje się plan zemsty, któremu całkowicie podporządkuje swoje młode życie…

Wydarzenia ukazane w „Płatkach na wietrze” tak jak we wcześniejszym tomie przedstawiane są z perspektywy Cathy. To właśnie ona najmocniej odczuwa zdradę matki oraz krzywdy rodzeństwa. Przyszłość odcisnęła na niej największe piętno, zabierając dzieciństwo, niewinność, zdrowe spojrzenie na świat.

W książce Andrews wszystko jest chore – relacje między bohaterami, fakt, iż są w stanie po trupach dążyć do celu, a jednocześnie nadal postrzegać się za osoby niewinne, epatowanie seksualnością na każdym kroku i wiara, iż jest to klucz do sukcesu. Nie ma co ukrywać, książka ta musi szokować, inaczej nie zostałaby zauważona przez czytelników, gdyż poza kontrowersyjnymi zabiegami fabularnymi nie reprezentuje sobą nic godnego uwagi.

Całość jest dość miałka i przewidywalna, a bohaterowie niezwykle irytujący. Bez wątpienia dużą zasługę ma w tym główna bohaterka, która jako 12- letnia dziewczynka zamknięta na poddaszu może i wzbudzała litość oraz współczucie, które jednak szybko ulotniło się wraz z opuszczeniem przez nią domu. I choć na każdym kroku dało się odczuć, że każda, nawet najdrobniejsza decyzja jest determinowana sytuacjami z przeszłości, nie dało się tego czytać bez irytacji. Działania podejmowane przez główną bohaterkę były chwilami niedorzeczne, a kiedy indziej całkowicie głupie. Po przeczytaniu książki miałam wrażenie, że większość zdarzeń miała na celu jedynie urozmaicić miłosną farsę rozgrywającą się w życiu Cathy, która wykazywała się na każdym kroku niezdecydowaniem i wyraźną niestabilnością uczuciową. Cechy tej nie da się z kolei przypisać kolejnej denerwującej postaci przewijającej się na stronach powieści, czyli Chrisowi. Przelotny romans, który zawiązał się między tą dwójką na poddaszu naznaczył go mocniej niż inne zdarzenia mające miejsce w tamtym okresie, powodując, iż chłopak nie potrafił wyzbyć się zakazanego uczucia, którym darzył siostrę, a co więcej bezustannie próbuje namówić ją do kazirodczego związku.

Jeśli przebrniemy już przez całą masę mniej lub bardziej patologicznych sytuacji z pewną dozą ciekawości możemy obserwować jak układa się życie bohaterów na przestrzeni lat, oraz jak, chwilami dość nieporadnie, rozliczają się z przeszłością. Koniec końców całość ma jednak dość porządne zakończenie spinające dość zgrabnie wszystkie wątki i zamykające tę część historii rodzinnej, a zarazem moją przygodę z tą serią.

Moja ocena: 4


                                                                      Poprzedni tom:


piątek, 31 października 2014

"Kroniki krwi" Richelle Mead

Wampiry już dawno przestały być istotami mroku, rodem z najczarniejszych sennych koszmarów. Na fali popularności „Zmierzchu” powstała masowa produkcja bohaterów będących ucieleśnieniem wszelkich cnót, których od zwykłych śmiertelników odróżniał jedynie nienaturalny pociąg do krwi.   

Richelle Mead – autorka popularnej serii „Akademia wampirów” – postanowiła podczas kreowania swojego świata pójść o krok dalej. Nie tylko uczłowieczyła wampira, lecz także dała mu autonomię, oraz ponownie wprowadziła w szeregi żywych. Jak w każdej historii ktoś musi pełnić jednak rolę złego charakteru. Oprócz dobrych wampirów – morojów, tworzących wraz z dampirami (hybrydami człowieka i wampira) zamkniętą społeczność pod rządami monarchów, istnieją więc Ci „źli” – nieumarłe strzygi, żądne krwi, istoty gotowe wyssać życie z niewinnych ofiar.

W „Akademii wampirów” mogliśmy obserwować poczynania Rose, młodej, wyjątkowej strażniczki, Której celem było bronić za wszelką cenę morojów. Jej zawiłe perypetie zapełniły strony sześciu tomów, które zdobyły ogromną popularność, a pierwsza z nich doczekała się nawet wersji kinowej (która swoją droga okazała się klapą). Każda historia ma jednak swój koniec, a stare musi ustąpić nowemu.

„Kroniki krwi” otwierające serię o tym samym tytule, ponownie zabierają nas w świat dampirów, morojów i strzyg. Główną protagonistką tym razem zostaje Sydney Sage, należąca do tajnego stowarzyszenia alchemików, mających za zadanie ukrywanie przed ludzką rasą istnienia wampirów. Bohaterka znana nam z krótkiego epizodu w wcześniejszej serii, gdy to przyczyniła się do ucieczki oskarżonej o królobójstwo Rose, w „Kronikach krwi” dostaje szansę rehabilitacji i odbudowania swojego wizerunku w oczach zwierzchników.  Zostaje powierzona jej opieka nad Jill Mastrano – przybranej siostry Wasillisy Dragomir – obecnej królowej – a zarazem jedyny żyjący członek jej rodu. Z racji tego, iż prawo nakazuje by rodzina będąca u władzy składała się co najmniej z dwóch członków, przeciwnicy młodej królowej próbują wyeliminować Jill aby przerwać rządy jej starszej siostry. Sydney i jej podopieczna zostają wysłane do słonecznego Palm Springs. W podróży towarzyszą im także dampir Eddie, oraz Adrian Iwaszkow, doskonale znani z poprzednich części. Na miejscu okazuje się jednak, że nie tak łatwo uciec od niebezpieczeństwa, które czyhać może nawet w pełnym słońcu.

Początkowo dość sceptycznie podchodziłam do najnowszej serii Mead. Z „Akademią wampirów” miałam styczność przeszło rok temu i nie będę ukrywać, iż lekko nakręciłam się na jej punkcie. Moje zainteresowanie osiągnęło apogeum gdzieś w połowie czwartej części, po czym niestety napięcie zaczęło opadać, a kolejne rozdziały zamiast bawić irytowały. W chwili gdy potrzebowałam czegoś lekkiego na odprężenie przypomniałam sobie o  tych powieściach i postanowiłam wkroczyć ponownie w świat Mead.

Główną przyczyną mojej wcześniejszej irytacji byli bohaterowie, którzy z biegiem czasu stracili pazur, stali się nijacy, a ich historie przestały do mnie przemawiać. Zmiana głównych bohaterów przyniosła powiew świeżości i pozwoliło na rozwinięcie historii postaci epizodycznych, które po kilku rozdziałach okazują się całkiem sympatyczni i ludzcy niż ich poprzednicy. Dużą zasługę ma w tym przeniesienie miejsca akcji z wampirzej akademii do zwykłego kalifornijskiego liceum, w której uczniom sen z powiek nie odciągają zmartwienia o żądnych krwi strzygach. Tym samym powracamy do utartego motywu nadnaturalnych istot próbujących wtopić się w szkolne otoczenia, oraz komicznych sytuacji wynikającego z tego faktu. Zastawienie licealnych problemów z wampirzą  polityką okazało się jednak wyjątkowo udanym zabiegiem.

 Dość dużym minusem okazała się jednak intryga, w która zostają wplątani główna bohaterowie. Ani to porywające, ani trzymające w napięciu. Po kilku rozdziałach wydaje się jasne, że jest to jednak jedynie tło służące podtrzymaniu iluzji, że w Palm Springs coś się dzieje. Z doświadczenia zdobytego przy czytaniu poprzednich części wiem, iż jest to jedynie preludium luźno związane z tym co zaserwuje nam autorka w następnych częściach.

Jakiekolwiek wady zaobserwowane w powieści bezbłędnie niweluje jednak postać Adriana, który w „Kronikach krwi” stał się czymś więcej niż tylko dodatkiem do Rose. Lekkoduszny, niestroniący od imprez i alkoholu, obciążony mocą ducha, moroj - potomek królewskiego rodu, był moim ulubionym bohaterem w całej serii dlatego też z ogromną radością przyjęłam jego pojawienie się na łamach kolejnych powieści. Od dawna wiadomo, że pozory jakie stwarza nijak mają się do rzeczywistości, przez co obserwacja jego poczynań staje się jeszcze bardziej interesująca.

Choć pierwsza część nie zachwyca bez oporów sięgnę po kolejne powieści z serii, aby poznać dalsze losy Sydney, Adriana, Jill i pozostałych. Już nie mogę się doczekać….

Moja ocena: 4+


wtorek, 7 października 2014

"Bal absolwentów" Ruth Newman

Na rynku książkowym znaleźć można całe mnóstwo kryminałów, które dzięki przemyślanej kampanii i hasłom reklamowym zachęcają potencjalnego czytelnika do sięgnięcia właśnie po tą, a nie inną powieść. Nic więc dziwnego, że czytając po raz wtóry na okładce informacje o zakończeniu, które z całą pewnością mnie zaskoczy podchodziłam do tego z dużą dozą nieufności, szczególnie, że Ruth Newman jest autorką mało znaną, a jej „Bal absolwentów” nie doczekał się jak dotąd większego rozgłosu. Zachęcona jednak licznymi pozytywnymi opiniami postanowiłam sięgnąć przy pierwszej nadarzającej się okazji po właśnie tę pozycję.

W Ariel College podczas zimowego balu w jednym z pokoi znaleziono brutalnie zmasakrowane ciało jednej ze studentek. Jest to już trzecia ofiara mordercy zwanego przez media Rzeźnikiem z Cambrige. W przeciwieństwie do poprzednich zdarzeń, na miejscu zbrodni, policjanci oprócz ofiary znajdują dziewczynę pogrążoną w katatonii. Trafia pod skrzydła psychiatry, który będzie musiał wydobyć z jej pamięci historię, która rozegrała się w pokoju, oraz przywołać obraz sprawcy, którego prawdopodobnie wskazać będzie potrafiła wyłącznie ona...

"Bal absolwentów” zaczyna się jak każda inna powieść tego gatunku. Przebitka z miejsca zbrodni, początki dochodzenia. Newman szybko jednak porzuca utarte tory rzucając nas w wir retrospekcji ukazujących wydarzenie z szerszej perspektywy. Rozwiązania zagadki należy szukać w przeszłości z czego doskonale zdaje sobie sprawę psychiatra próbując wyciągnąć z Olivii wspomnienia. To właśnie z jej punktu widzenia oglądamy życie studenckie na Cambrigowskim campusie. Jak w każdej zamkniętej społeczności ludzie nawiązują przyjaźnie, lecz także toczą waśnie. Sytuacja zaognia się gdy dochodzi do pierwszego morderstwa. Za mury Ariel College wkradają się wątpliwości oraz wzajemne podejrzenia.
Fabuła jest tak mocno zakorzeniona w przeszłości, iż bez trudu wypiera teraźniejszość. Jest to zabieg ciekawy i jak dotąd nie spotkany przeze mnie wcześniej. I choć autorce zarzucić można chwilami niezbyt konkretne zaznaczenie czasu i miejsca akcji, czym wprowadza lekki zamęt, zabieg ten skutecznie odwodzi nas od teraźniejszości i ukazuje przebieg wydarzeń etap po etapie.

Trudno pisać o kryminałach nie zagłębiając się w różnego typu spoilery. Czytając książkę miałam jednak wrażenie, iż przez długi czas śledztwo tkwi w miejscu, a całość kręci się wyłącznie wokół jednej postaci – Olivii, która jest kluczem do rozwiązania zagadki. Jej sesje z psychiatrą miały duży potencjał psychologiczny, który nie został jednak w pełni wykorzystany. Dialogi osiągają swój cel, szokują, dają do myślenia, podsuwają wskazówki, brakuje w nich jednak głębi, która sprawiałaby, że byłyby one czymś więcej niż tylko słowami. W dużej mierze może być to wina postaci, których natłok sprawił, że tak naprawdę żadna z nich nie jest charakterystyczna.

Próba wykrycia mordercy jest zazwyczaj pasjonującą rozgrywką pomiędzy czytelnikiem a autorem. Mniej lub bardziej wysublimowane wskazówki kierują nas na dobre tory, żeby po chwili całkowicie nas od nich odwieść. Newman bez trudu lawiruje pomiędzy prawdą, a tym co jedynie ma za nią uchodzić. Snując fabułę, niemalże wyłącznie, wokół dwóch postaci całkiem sprawnie manipulowała naszym tokiem myślenia. I choć niektóre z jej zagrywek, jak na przykład wzywanie ducha, nie były zbyt spójne z całością w ostatecznym rozrachunku dawały niezły efekt.

"Bal absolwentów” zaliczyć można do kryminałów dla trochę starszej młodzieży. Moje spotkanie z powieścią uznać można  za udane szczególnie z powodu nietuzinkowego sposobu prowadzenia narracji. I choć po drodze pojawiło się kilka zgrzytów, nie pozbawiło mnie to przyjemności czytania. Zazwyczaj informacja o zaskakującym zakończeniu okazuje się fikcją, tak jak cała reszta, tym razem Newman stanęła jednak na wysokości zadania i w zakończeniu umieszcza prawdziwą bombę. I jest to chyba największy plus książki. W końcu o to właśnie chodzi w każdym kryminale...

Moja ocena: 4

sobota, 20 września 2014

"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Andrews

"Kwiaty na poddaszu” będące pierwszą częścią sagi o losach rodziny Dollangangerów są powieścią tworzącą swoistego typu uczucie klaustrofobii oraz głęboko zakorzenionego niepokoju. Jej dość kontrowersyjna wymowa sprawiła, że doczekała się dużego grona czytelników, którzy z wypiekami śledzili losy najmłodszych latorośli tegóż klanu. W ostatnim czasie postanowiłam na własnej skórze sprawdzić siłę przyciągania tej książki i zatopić się w mroczne i grzeszne tajemnice pewnej niemożliwie bogatej rodziny.

Czwórka rodzeństwa wiodła szczęśliwe i dostatnie życie przy boku kochających rodziców. Ich poukładany świat lęgnął jednak w gruzach wraz ze śmiercią ojca. Rodzina Dollangangerów z powodu licznych zadłużeń zmuszona jest opuścić dom wraz z całym majątkiem i przeprowadzić się do rodziny matki, która wydziedziczyła ją wiele lat temu. Tak właśnie zaczyna się wieloletni koszmar Chrisa, Cathy, oraz bliźniąt Carrie i Corego, którzy zostają zamknięte na tytułowym poddaszu z nakazem nieopuszczania go, aż do śmierci dziadka, do którego łask chce na powrót wrócić wyrodna córka w celu ponownego wpisania do testamentu. O dzieciach wie jedynie ich diaboliczna babcia, traktująca ich jako czercie podmioty nie mających prawa do egzystencji. Zapomniane przez świat, coraz rzadziej odwiedzane przez matkę, próbującą drogimi prezentami utrzymać ich miłość, marzące o słońcu i wolności będą zmuszone przystosować się do nowych warunków i pielęgnować ostatnią iskrę nadziei.

"Kwiaty na poddaszu” posiadają wszystkie cechy potrzebne do przyciągnięcia uwagi czytelnika. Mamy potężną i niewyobrażalnie bogatą rodzinę ukrywającą trupy w szafie, mamy kazirodcze związki i dzieci płacące za grzechy rodziców. A to wszystko rozgrywające się w ciasnych odizolowanych pomieszczeniach, którym przyszło żyć głównym bohaterom.

Cathy – narratorkę wydarzeń – poznajemy jako 12-letnią dziewczynkę, która opowiadając swoją historię próbuje w pewien sposób rozliczyć się z przeszłością. Zamknięcie na poddaszu mające wedle zapowiedzi matki trwać kilka dni, następnie kilka miesięcy, a ostatecznie kilka lat staje się dla niej prawdziwą szkołą życia. Będąc od zawsze bliżej z ojcem z łatwością, w przeciwieństwie do brata, potrafi dostrzec obłudę matki. Z biegiem czasu przed dziećmi ujawnia się o wiele więcej prawd. Wychodzi na jaw, iż ich rodzice byli ze sobą spokrewnieni (ich matka wyszła za swojego wujka), za co bogobojni, a wręcz ogarnięci dewotyzmem, dziadkowie wykreślili ich z rodziny, nowo poznana babcia - dyktator, traktuje ich jak wybryki natury, a matka nade wszystko ceni sobie pieniądze i gotowa jest poświęcić własne dzieci, aby osiągnąć cel.

Rodzeństwo pozbawione wsparcia i pomocy ze strony dorosłych na ponurym poddaszu tworzy swój własny świat. Cathy i Chris stają się zastępczymi rodzicami dla bliźniaków dając im potrzebne ciepło i miłość. Tworzą namiastkę wolności ozdabiając poddasze wedle zmieniających się pór roku, z nadzieją patrzą w przyszłość nie zaniechając starań o spełnienie marzeń. Jednocześnie potrzeba bliskości drugiego człowieka sprawia, że zaczynają niebezpiecznie się do siebie zbliżać.

Sposób prowadzenia powieści chwilami przypominał mi film „Błękitna laguna”. Tak samo jak tam mamy przedstawiony proces dorastania dzieci zostawionych samych sobie, które w najważniejszym etapie swojego życia, w którym więcej jest pytań niż odpowiedzi, nie mają styczności z innymi ludźmi. Porównanie to nie można zaliczyć jednak do zalet, gdyż film jak dla mnie był wyjątkowo kiczowaty i irytujący. Książka niestety posiada niektóre jego cechy. Chwilami staje się zbyt patetyczna i melancholijna. W dużej mierze jest to wina przedstawienia historii z perspektywy czasu. Obserwowanie całości oczami 12-letniej dziewczynki, której sposób myślenia zmienia się wraz z rozwojem sytuacji byłby dużo bardziej naturalny niż to co otrzymaliśmy.

Siłą napędową książki jest jej kontrowersyjność. Amoralność, zło zakorzenione gdzieś głęboko w ludzkiej psychice, wszelkiego typu patologie w czasie premiery mogły wywołać szok obecnie jednak rzadko które historie potrafią wzbudzić takie emocje. W końcu w „Kwiatach na poddaszu” nie było niczego o czym wcześniej już nie czytaliśmy. A przynajmniej tego, czego nie widziały osoby, które choć raz miały styczność z sagą Martina, w której trup ściele się gęsto, każdy sypia z każdym,  a pieniądz rządzi światem. I choć nie świadczy to może najlepiej o otaczającej nas rzeczywistości prawdą jest jednak, że wiele przerażających rzeczy obecnie kwitujemy jedynie wzruszeniem ramion.

Książkę Andrews czyta się dość szybko dzięki sprawnie prowadzonej fabule. Czytelnik z ciekawością obserwuje losy rodzeństwa, które znalazło się w tej niecodziennej sytuacji. Trzeba przyznać, że pomimo ponurej treści, powieść sama w sobie nie jest mroczna czy przytłaczająca przez co nie wzbudza niepokoju powodującego ścisk w żołądku. Podejrzewam, że wcześniej czy później sięgnę po kolejne części i zatopię się w dalsze losy młodych Dollangangerów.

Moja ocena: 4+

niedziela, 7 września 2014

"Tak blisko..." Tammara Webber

 Uwielbiam wypady do mojej miejskiej biblioteki. Niestety ostatnio odwiedzałam ją od wielkiego dzwonu, a i tak wychodziłam z pustymi rękami. Nic więc dziwnego, że widząc nową pozycję na półce czym prędzej po nią pognałam nie zawracając sobie nawet zbytnio głowy o czym jest. W drodze powrotnej okazało się, że trafiłam na młodzieżowe romansidło opis został jednak sformułowany w taki sposób, że oprócz tego prostego do stwierdzenia faktu nie potrafiłam wywnioskować nic więcej (znacie to?).

Główną bohaterką powieści jest Jequline, studentka pod którą na kilka tygodni grunt zachwiał się pod nogami po dość bolesnym zerwaniu. Pewnej nocy podczas samotnego powrotu z imprezy cudem udaje jej się uniknąć gwałtu dzięki pomocy nieznajomego. Roztrzęsiona dziewczyna próbuje zapomnieć o całym zdarzeniu, jednak niektórych rzeczy nie da się tak łatwo wyrzucić z pamięci szczególnie jeśli twój tajemniczy wybawiciel okazuje się uczęszczać na te same wykłady z ekonomii co ty, oraz dodatkowo nie spuszcza z Ciebie wzroku. Mniej więcej w tym miejscu powinna zacząć się sielankowa opowieść o wielkiej miłości jednak chłopak na przemian przyciąga ją do siebie i odpycha, a Jequline coraz bardziej zaczyna interesować się swoim tutorem z ekonomii, z którym jedynie koresponduje drogą mailową. Na domiar złego gwałciciel, który okazuje się członkiem bractwa studenckiego, oraz rywalem jej eks o prezesostwo nad nim zaczyna ją prześladować i coraz bardziej osaczać, dziewczyna jednak oczekiwać może wsparcia od Lucasa, który już raz przeciwstawił się jej oprawcy i pomimo zmiennych nastrojów niezmiennie nie pozwala ją skrzywdzić.

Książka ta jest niczym więcej, ani niczym mniej jak zwykłym młodzieżowym romansidłem. Jedną z niewielu rzeczy, która zwraca uwagę jako coś innego jest miejsce akcji. Większość tego typu powieści toczy się w szkole średniej, na tle której rozgrywa się historia wzlotów i upadków głównej bohaterki, pierwsze prawdziwe miłości, przejawy młodzieżowego buntu. Postacie z książki "Tak blisko..." niewątpliwie mają już większość tych rzeczy za sobą. Wyrwanie z sideł rodzicielskiej opieki i zamieszkanie daleko od domu uczy samodzielności i to w książce widać.  

Bohaterowie wykreowani przez autorkę są dojrzalsi, a ich rozterki trochę bardziej poważne. Z pewnością działa to na korzyść książki, bo w końcu ile razy można czytać o dylematach na poziomie naszego polskiego gimnazjum rozdmuchanych do niebotycznych rozmiarów!? Życie w amerykańskim collegu jest wdzięcznym tematy do pisania, szczególnie jeśli jego opis nie sprowadza się do imprez ciągnących się przez cały okres nauczania wstrzymywane jedynie na chwilowe przerwy na naukę. Jaquline jest osobą poukładaną i mającą określone priorytety dodatkowo potrafi zawalczyć o swoje czym zyskała sobie moją przychylność. 

Dużym plusem dla całości jest to, że powieść ociera się o dużo poważniejsze problemy niż "kocha, czy nie kocha". Poruszany problem gwałtu nie jest jakoś ekstra rozwinięty, odgrywa jednak dość znaczącą rolę w fabule i cieszę się, że autorka zdecydowała się na to, gdyż, w tego typu literaturze (szczególnie w książkach młodzieżowych) sprawy te są rzadko poruszane nie jest to jednak coś obcego w dzisiejszym świecie.

Nie ma co zbytnio rozpisywać się o tej książce, każdy z nas miał chyba do czynienia z romansidłem (czy to młodzieżowym, czy nie) i wie, że nie są to książki z wyższej półki, a ich treść nie zadowoli miłośników ambitnej literatury. Sposób ich pisania jest jednak przyjemny w odbiorze tym samym nadając się w sam raz do poduszki. Jeśli dodatkowo zawarta jest w nich jakaś nauka jestem jak najbardziej za.

Moja ocena: 4
[recenzja archiwalna]

niedziela, 31 sierpnia 2014

"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" Matthew Quick

Niesiony falą popularności „Poradnika pozytywnego myślenia” Matthew Quick stał się osobą znaną i rozpoznawalną także wśród polskich czytelników. Nic więc dziwnego, że także inne jego książki cieszą się u nas popularnością, a on sam na stałe zyskał miejsce w sercach czytelników.
„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” było moim pierwszym spotkaniem z jego twórczością,ale czy udanym?

Życie Finleya nigdy nie było usłane różami. Wychowując się w ponurej dzielnicy, której ulicami nie warto poruszać się po zmroku, w której gangsterskie porachunki są na porządku dziennej, a mieszkańcy już dawno nauczyli się, że na niektóre rzeczy spuścić można jedynie zasłonę milczenia, chłopak nie ma przed sobą żadnych perspektyw. Jego jedyną szansą na wydostanie się z tego osobliwego piekła jest koszykówka, dzięki której ma szansę na kontynuowanie nauki w bardziej przyjaznym środowisku. W spełnieniu jego marzeń nieustannie pomaga mu Erin, która podziela jego pasje. Niespodziewanie świat Finleya staje jednak na głowie gdy trener miejscowej drużyny prosi go o zaopiekowanie się nowym uczniem. I nie byłoby w tym nic niepokojącego gdyby nie fakt, iż chłopak jest świetnie zapowiadającym się koszykarzem, który po śmierci rodziców nie może pogodzić się z zastałą rzeczywistością. Nazywając się Numerem 21 twierdzi, że przybył z kosmosu, aby prowadzić badania nad ludzkimi emocjami. Finley zostaje postawiony przed nie łatwym zadaniem, gdyż wie, że pomoc nowemu koledze jest równoznaczna z ustąpieniem mu swojego miejsca w drużynie.

Powieści Quicka całkiem blisko do oklepanych historii o dojrzewaniu w świecie pozbawionym perspektyw, z którego nie sposób się wydostać. Postać Numeru 21 nadaje jednak całości barw i czyni zwykłą powieść o sile marzeń i pasji czymś  głębszym. To właśnie za jego sprawą Finley staje przed wiele poważniejszym dylematem – czy lojalność wobec przyjaciół jest warta zaprzepaszczenia szansy na spełnienie marzeń?

Pomimo przyjemnego w odbiorze wątku, powieść Quicka jest dla mnie jedynie poprawna. Nie spodziewałam się po niej nagłych zwrotów akcji, ani głębokich refleksji zabrakło mi jednak „efektu wow”, który sprawi, że pozycja ta na dłużej zagości w mojej pamięci.

Główni bohaterowi wyjątkowo dobrze wtapiali się w tłum. Niestety to co może być zaletą w świecie przedstawionym przez autora, w dla książki nie jest aż takim dobrym rozwiązaniem. Życie Finleya i Erin niemal kręcące się wokół koszykówki ani mnie nie ciekawiło, ani nie zachęcało do dalszego czytania. Nie jestem i nigdy nie byłam fanką tego sportu, dlatego też trudno było mi wcielić się w ich rozterki, nawet biorąc poprawkę na to, iż jest to jedynie symbol prawdziwej pasji potrafiącej zmienić świat. O wiele ciekawiej wypada tajemniczy Numer 21, który po śmierci rodziców bezwzględnie oddał się swojej kosmicznej pasji. Jego zachowanie przez większą część książki pozostaje zagadką zarówno dla jego otoczenia jak i dla czytelników. Czy jego trauma spowodowała, że faktycznie zaczął wierzyć, iż pochodzi z innej planety, czy raczej wśród gwiazd szuka jedynie zapomnienia?

Po powieściach tego typu często aż chce się unieść głowę i przeszukać wzrokiem gwieździste niebo aby znaleźć tę jedną spadającą, która ma moc spełniania życzeń. „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” co prawda nie wzbudził we mnie aż takich emocji, co nie zmienia faktu, iż pomimo umieszczenia bohaterów w ponurej i dość przygnębiającej rzeczywistości Quick stworzył książkę pogodną i ciepłą, a dzięki zakończeniu także napawającą optymizmem.

Moja ocena: 4

niedziela, 24 sierpnia 2014

"Uwierz Lucy" Tamsyn Murray


Chyba każdy z nas zna już na pamięć schemat fabularny typowych powieści obyczajowych skierowanych do młodzieży. Bierzemy zwykłą nastolatkę, doczepiamy jej kilka problemów, wmontowujemy wątek miłosny i tadam... stworzyliśmy kolejnego przedstawiciela gatunku.

Tamsyn Murray postanowiła jednak pójść o krok dalej, a tym samym zachowując zasady mechanizmu stworzyć coś innego.

Główną bohaterka „Uwierz Lucy” jest 16-letnia dziewczyna (a raczej była 16-letnia dziewczyna, gdyż formalnie nie figuruje od przeszło pół roku na świecie żywych). Z racji tego, iż na duchu naszej sympatycznej protagonistki ciąży kilka nierozwiązanych spraw (ze schwytaniem swojego zabójcy na czele) błąka się po ziemi niczym pokutujące widmo. Niespodziewanie na swojej drodze spotyka medium, dzięki któremu w jej „ życiu” zajdzie wiele zmian.

W świecie przedstawionym przez Murray świat duchów niemalże nieróżni się od świata żywych. Nic więc dziwnego, że żadnej z dusz nie spieszy się zatem do przejścia na wyższy stopień uduchowienia. Nastolatki chodzą na imprezy, nawiązują nowe znajomości, mają do czynienia z hierarchia typową dla amerykańskiego liceum, utrzymują kontakt dzięki widmowej sieci telefonicznej, a co najważniejsze – zakochują się i tworzą szczęśliwe związki.

Przyznam, że połączenie dwóch światów w jedno wyszło dość groteskowo. Zamiast czegoś nowego tak naprawdę, otrzymujemy to co tak dobrze już znamy w nowej scenerii. Od niektórych gatunków, wręcz wymaga się jednak schematyczności, więc można założyć, że „Uwierz Lucy” wywiązuje się ze swojego zadania. Mamy kilka melodramatycznych wątków (dotyczących, jak nie trudno zgadnąć pogodzenia się bohaterów z sytuacją, w której się znaleźli) wątek miłosny, oraz delikatnie nakreślony wątek kryminalny.

Książkę czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Sposób prowadzenia postaci nie irytuje, ani nie nudzi, co niewątpliwie zaliczyć można do pozytywów. Nie wymaga myślenia, skupienia, ani zbytniego zaangażowania emocjonalnego, co niekiedy jest wręcz rzeczą pożądaną, gdy przyjemną i krótką lekturą chcemy zapełnić swój wolny czas.

Moja ocena: 4

środa, 9 lipca 2014

"Pojedynek z Syberią" Romuald Koperski

Któż z nas choć raz nie marzył o dalekich podróżach w nieznane? Zostawieniu wszystkiego i wyruszeniu w przygodę życia obfitującej w całą masę niewiadomych?

Romuald Koperski należy do ludzi, który nawet najśmielsze marzenia potrafi przerodzić w czyn. A do takich niewątpliwie należy podróż, którą odbył, a następnie opisał. "Pojedynek z Syberią" jest oparty na dziennikach podróży spisywanych podczas pionierskiej wyprawy samochodowej po terenach Syberii odbytej w 1994 roku. Historii niesamowitej nie tylko z powodu przygód napotkanych przez autora, lecz także ogromnej wiary jej pomysłodawcy w powodzenie swoich zamierzeń, nawet gdy cały w świat w nie zwątpił. Podróż Koperskiego pozbawiona była medialnego rozgłosu, wsparcia finansowego, czy nawet chętnych do towarzyszenia w tej, uznawanej przez wielu, straceńczej misji. Przeciwności losu nie potrafiły jednak ochłodzić jego zamierzeń i już niebawem wyruszył wyciągniętym ze złomowiska land- roverem z wielkim napisem Zurich - Syberia - Alaska - Canada - New York na boku, w podróż, której jak dotąd nikt przed nim nie odbył.


"Naucz się żyć i pracować z myślą, że nie może się udać - tylko wtedy od czasu do czasu udaje się coś naprawdę"

Jest coś ekscytującego w odkrywaniu nieznanego. Niepewność tego co spotkamy za zakrętem napędza do dalszego działania.
Koperski przemierzał Syberię trasami niepopartymi żadnym wiarygodnymi mapami. Przedsięwzięcie należało do tych z góry skazanych na porażkę. Autor jednak najwidoczniej o tym nie widział. Jedynym pewnym drogowskazem była jego intuicja, która pozwoliła mu, koniec końców, wrócić szczęśliwie do domu. Zatrzymując się na kolejnych punktach kontroli nieodmiennie spotykał się z kpiną i niedowierzaniem. Nikt nie potrafił uwierzyć w powodzenie jego misji. Dotrzeć tam gdzie nikt wcześniej nie wyruszył nie jest sprawą prostą. Sam autor wielokrotnie poddawał w wątpliwość, czy uda mu się dotrzeć do celu. Jednakże dzięki niezłomnej wiary w siebie oraz nadziei, iż los będzie dla niego łaskawy, nie bał się podejmować wyzwań. Swoją postawą bardzo szybko zyskał sobie moją przychylność, przez co o jego dokonaniach czytało mi się z prawdziwą ciekawością.

"Ludzie o tym świecie nie wiedzą prawie nic"

Obraz Syberii wyłaniający się z kart książki ukazuje całą masę kontrastów. Tundra w mig potrafi być zastąpiona przez przepełnione zielenią tereny, droga kończy się na pustkowiu, kilka lichych chałup uznane jest za miasto i umieszczone na mapie świata, natomiast gęsto zaludnione tereny w dalszym ciągu są jedynie wsią. Nieziemski upał nie pozwala normalnie egzystować, gdzie niegadzie jednak dalej zauważyć można ślady syberyjskiej zimy. To co obserwujemy oczami autora, jest przerażające, lecz zarazem piękne. Świadomość, iż pomimo tak znacznego rozwoju technologicznego wciąż istnieją tereny, na których z dużym prawdopodobieństwem nie stanęła nigdy ludzka stopa napawa optymizmem, iż człowiek nie zdążył jeszcze wszystkiego zniszczyć. Choć opisy przyrody czasami nie są zbyt sugestywne i nie do końca potrafią oddać jej piękno niezwykle pomocne okazują się zdjęcia wykonane przez Koperskiego w trakcie wędrówki umieszczone w książce.

" Nie musisz się niczego obawiać, gdyż jest to taki sam kraj jak każdy inny i tacy sami ludzie, którzy mają takie same serca i ciała jak inni. W każdym człowieku zawsze pozostaje coś nienaruszonego, coś nietkniętego, czego nie można pokonać i zniszczyć. Więc nie bój się Syberii, naucz się ją akceptować, a na pewno dojdziesz do celu"

Historii Koperskiego daleko do hemingweyoskiego "Starego człowieka i morza". W obu przypadkach człowiek zmuszony jest do walki z naturą, jednakże pomimo braku stałych towarzyszy podróżnik przemierzający tereny Syberii zawsze mógł liczyć na pomoc innych.
Rosja zamieszkana jest przez 90 różnych narodowości. Większość z nich mieszkających z dala od cywilizacji nigdy nie poznało destrukcyjnego wpływu pieniądza. Żyją tak jak ich przodkowie przed wiekami. Przetrwanie zapewniają im dobra otrzymywane z natury. Ich bezinteresowność i zwyczajna ludzka życzliwość , tak odległa w świecie, który znamy, była najbardziej ujmującą rzeczą w książce. W większości wiosek gościa traktuje się iście po królewsku. Nawet najbiedniejsi dzielą się tym co mają. Koperski z rozrzewnieniem wspomina liczne przejawy gościnności i pomoc udzieloną mu przez gospodarzy, pochodzących z niemalże każdej klasy społecznej od niemowy mieszkającego w ziemiance w samym środku niczego, który podzielił się z nim swoimi zapasami po syberyjską mafię, bez której wsparcia nie udałoby mu się naprawić samochodu i ruszyć w dalszą drogę. Niektóre znajomości były niczym migawki widoczne we wspomnieniach inne zostawiły w nich trwały ślad. Podróż okazało się nie tylko krajoznawczą ekspedycją, lecz także wyprawą w głąb człowieczeństwa, ukazującą, iż w pogoni dnia codziennego utraciliśmy swoją wrażliwość i empatię.

"Pojedynek z Syberią" jest moim pierwszym spotkaniem z książką podróżniczą i mam nadzieję, że nie ostatnią. Chwilę zajęło mi przerzucenie się ze stylu w jakim pisane jest większość powieści na to, co otrzymałam w książce Koperskiego, jednak nie zmąciło mi to dalszej radości czytania. Nie wiem czy moja wiedza na temat tamtych terenów i osób je zamieszkujących wzbogaciła się w jakiś znacznym stopniu, z całą pewnością jednak to co znałam wcześniej z podręczników ujrzałam z innej perspektywy.
Koperski pokazuje, że warto sięgać po cele, które dla wielu wydają się niedorzeczne, gdyż po drodze możemy odkryć znaczenie więcej niż zakładaliśmy.

Moja ocena: 4






wtorek, 1 lipca 2014

"Houston, mamy problem" Katarzyna Grochola

Houston, mamy problem - Katarzyna Grochola
"Houston mamy problem" powiedziano z pokładu statku kosmicznego. Cały świat wstrzymał oddech, a ludzi zamarli w oczekiwaniu. Zdanie to weszło od tamtego czasu do języka potocznego, dając możliwość werbalizacji swoich odczuć ludziom, popadającym w tarapaty. Nic więc dziwnego, iż zostało obrane ono na tytuł książki Katarzyny Grocholi, w której główny bohater mierzy się z zastaną rzeczywistością, aby na każdym kroku przekonać się, że do osiągnięcia wewnętrznej harmonii czeka go jeszcze długa droga.

Poznajcie Jeremiasza Chuckiewicza - dla przyjaciół Norris - 32 letniego kawalera, z wykształcenia operatora filmowego, zarabiającego na chleb jako złota rączka od spraw odbiorników telewizyjnych i wszelkiego typu łączy, liżącego rany po nagłym rozstaniu z miłością swojego życia.

Początkowo zagłębiając się w życiowe perypetie Jeremiasza trudno jednoznacznie stwierdzić z jakim typem bohatera mamy do czynienia. Z maminsynkiem? Życiowym nieudacznikiem? Facetem, na którego uparł się los? A może osobą, która wyolbrzymia swoje problemy? Niemożność wydania jednoznacznej opinii bierze się z faktu, iż znając skutki jego życiowych porażek, nie potrafimy dojść ich przyczyn, gdyż autorka umiejętnie odkrywa przed nami kolejne elementy układanki dopiero wraz z rozwojem akcji skupiając się dokładniej na dwóch fatalnych w konsekwencji zdarzeniach- niechlubnego, tajemniczego rozstania i równie zagadkowego porzucenia świeżo rozwijającej się kariery pomimo nad przeciętnych zdolności.

Jakby za pomocą migawkowych ujęć poznajemy żywot głównego bohatera. Jego przyjaciół z filmowego światka, grono otaczających go zewsząd kobiet począwszy od 11- letniej córki sąsiadów, przez rodzicielkę, a na jędzy z piętra niżej skończywszy, oraz Martę - byłą dziewczynę - której wręcz mityczna postać przybliżana jest nam wyłącznie przy pomocy flashbacków. Dowiadujemy się również o codziennych zajęciach, zainteresowaniach i pasjach. Te ostatnie są szczególnie mocno intonowane, ku mojej zgryzocie. Jeremiasz jako wielbiciel wszelkiego rodzaju ptactwa z zamiłowaniem mówi o rożnego typu zagadnieniach ornitologicznych. Och, jak one wodują, a jakie mają upierzenie, zwyczaje, upodobania, bla, bla, bla. Nie trafiają do mnie takie rzeczy, co w rezultacie wpłynęło negatywnie na odbiór tego typu przypisów.
Jednakże koniec końców z kart powieści ujawnia nam się całkiem ciekawy portret mężczyzny, który od rzeczywistości dużo bardziej cenił iluzję, przez co nie do końca potrafił poradzić sobie z własnym życiem.

Książka niestety ma całą masę niespożytkowanego potencjału. Akcja mimowolnie obracająca się w kręgach związanych ze show biznesem wyjątkowo powierzchownie ociera się o ten temat, z którego w końcu, można czerpać garściami. Brakuje mocnego akcentu przez co całość jest dosyć bezbarwna, a kolejne sceny z życia głównego bohatera toczą się, zamiast śmigać do przodu. Zanik tak dobrze mi znanego u Grocholi humor też zbytnio nie pomaga. Ten pojawiający się co jakiś czas w "Houston, mamy problem"w moim odczuciu mocno kulał.

W tym całym morzu przeciętności, pozytywnie wyróżnia się jednka narracja, prowadzona od strony faceta. Zabieg ten nie obnażył jednak jedynie przywar męskiej części populacji, płci pięknej także się oberwało, przez co całość wypada dość autentycznie.

Na temat książki trudno przedstawić mi opinie choć trochę zabarwioną emocjonalnie. Powieść w moim odczuciu jest dość nijaka i nie posiada cech charakterystycznych. Nie mniej czyta się jej przyjemnie, nawet jeśli nie należy do najcieńszych, oraz doskonale sprawdza się w czasie wieczornych posiedzeń przy kubku z gorącą herbatą.

Moja ocena: 4

sobota, 11 maja 2013

"Requiem" Lauren Oliver

 

 "A mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat"*


Książki z gatunku antyutopie, chwilę po ogłoszeniu planów ekranizacji "Igrzysk śmierci" szturmem zdobyły pierwsze miejsca w większości książkowych rankingach.  Wytwory czerpiące z tego gatunku zaczęły nagle wyrastać w księgarniach niczym grzyby po deszczu. Nic w tym dziwnego. Antyutopie dają duże pole do popisu autorom pragnącym puścić wodze fantazji jednocześnie nie będąc spętanymi wizją swoich dzieł na uginających się półkach z literaturą fantasy. Jednak jedynie część z nich zdobędzie rozgłos, a także serca czytelników na całym świecie. Niewątpliwe serii "Delirium" udało się to. Nie wiem czy decydującym czynnikiem była w tym wypadku akcja marketingowa, czy sama pozycja posiada w sobie "pierwiastek doskonały", który tak upodobali sobie jej odbiorcy. Requiem będące zwieńczeniem trylogii z pewnością było jedną z gorętszych premier minionego kwartału zostało przyjęte przeze mnie jednak dość chłodno. Zresztą sami przeczytajcie co wynikło z mojej konfrontacji z tą książką.

Lauren Oliver przyzwyczaiła nas, do wręcz znikomych odstępów czasowych między poszczególnymi częściami. Requiem pod tym względem nie różni się zbytnio od swoich poprzedniczek. Napięcie związane z nagłym powrotem do akcji Alexa jest wyczuwalne, a nasza biedna Lena miota się między dawnym ukochanym, który oględnie rzecz ujmując nie jest zachwycony jej nowym związkiem, oraz zakochanym w niej bez pamięci Julianem. Odłóżmy tą kwestie jednak na bok i przyjrzyjmy się głównemu wątku, który dojrzewał przez ostatnie dwie części, aby teraz ostatecznie nabrać formy - czyli rewolucji, która ma zmienić oblicze świata.  Grupa, do której dołączyła Lena jest nieliczna tak więc w ich wykonaniu obserwować będziemy mogli jedynie niewielkie działania spowodowane wkroczeniem na teren Głuszy porządkowych, których zadaniem jest wyniszczyć przeciwników remedium od środka paląc i niszcząc ich obozy, a ich samych zabijając. Dopiero poprzez kontakt z Ruchem Oporu wpadają w wir walki niosącej upragnioną wolność, okupionej jednak (jak w przypadku każdego zrywu) krwią.
Historia Leny po pewnym czasie staje się jednak nużąca, dlatego też jestem bardzo zadowolona z faktu, iż autorka zdecydowała się na stworzenie fragmentów prowadzonych zarówno od strony Leny jak i jej dawnej przyjaciółki Hany, biegnących niezależnie od siebie. Hana nie jest już jednak tą samą dziewczyną, która w "Delirium" pomagała Lenie w ucieczce do Głuszy. Przyjęła remedium, została sparowana z przyszłym burmistrzem Portland, oraz oczekuje na swój ślub. Jednakże dziewczyna nie zachowuje się jak pozostali wyleczeni - w dalszym ciągu śni, odczuwa lekką tęsknotę za dawnym życiem, oraz gryzące wyrzuty sumienia w stosunku do Leny, których pochodzenia czytelnik przez długi czas nie jest świadomy, próbując tłumić je poprzez pomoc rodzinie dawnej przyjaciółki, wypędzonej do dzielnicy biedoty po całym incydencie. Dodatkowo posiada pewien niepokój odnośnie swojego przyszłego męża posiadającego niezdrowe ambicje odizolowania, a także stopniowego wyniszczenia społeczeństwa sympatyzującego z ruchem oporu, oraz oddzielenia miasta od Głuszy grubym murem.

Życie Hany oraz życie Leny są oddalone od siebie o lata świetlne i zastawione ze sobą na zasadzie kontrastów, obie dziewczyny starają się jednak postępować słusznie przez co wzbudziły moją sympatię. Z chęcią czytałam także o powolnym wkupieniu się Juliana w łaski Odmieńców. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie jego hart ducha. Autorka jednak całkowicie sknociła sprawę wprowadzając znów postać Alexa, który po tej części zajął zaszczytne 2 miejsce na mojej prywatnej liście najbardziej denerwujących postaci. Już zakończenie "Pandemonium" nie wróżyło nic dobrego
. Później jest niestety tylko gorzej. W Requiem byłam zmuszona obserwować jego gierki, będące zwykłą dziecinadą mające na celu... Właśnie, mające na celu co?! Wzbudzenie zazdrości u byłej dziewczyny, a może zniszczenie jej związku? Nie wiem. Ten chłopak ma przecież 19 lat, a nie 9! Więc albo autorka specjalnie kreowała jego postać na infantylnego, niestabilnie emocjonalnego młodzieńca, przechodzącego wyjątkowo burzliwie okres dojrzewania, albo nie miała kompletnie żadnego pomysłu na prowadzenie tej postaci. Pisząc o tym nie w sposób nie wspomnieć o nowo utworzonym trójkącie miłosnym, który w tym wydaniu był dla mnie wyjątkowo ciężkostrawny. Porzućmy jednak ten galimatias miłosny i idźmy dalej. Zdziwiło mnie nagłe porzucenie wątku hien. Przez całą książkę nie pojawiła się o nich żadna wzmianka, pomimo, że wątek miał potencjał. Pomijając ten szczegół, całość była prowadzona spójnie, choć niektóre sceny nużyły. Kilkanaście razy przyłapałam się na przeżuwaniu po kilka stron do przodu w poszukiwaniu fragmentu, do którego warto by było dążyć. Zakończenia serii mają to do siebie, że akcja już kilkadziesiąt stron  przed końcem przyspiesza, a napięcie ciągle wzrasta, aż do punktu kulminacyjnego. Tu tego jednak nie dostrzegłam. Całość idzie dość przewidywalnym torem. Na dobrą sprawę były może dwa zaskakujące momenty. Zakończenie więc w przeciwieństwie do dwóch pozostałych części nie powala na kolana. Autorka zdecydowała się na stworzenie otwartego zakończenia będącego ni mniej ni więcej tylko wstępem do innej historii - historii o powoli rozchodzącej się rewolucji, która zmieni oblicze świata. O tym jednak nie dane jest już nam przeczytać.

Requiem nie jest wcale gorsze, ani lepsze od Pandemonium, jednak zważywszy na to, że jest to ostatnia część spodziewałam się czegoś więcej. Książkę odkładam jednak na półkę z poczuciem dobrze spełnionej misji polegającej na ukończeniu serii "Delirium", tym samym kończąc na obecną chwilę z książkami typu antyutopie, które z pewnością nie należą do mojego ulubionego gatunku.

Moja ocena: 4

*frag. "Mury" Jacka Kaczmarskiego



"Delirium" 3+/6
"Requiem" 4/6
Ocena serii: dobry -
(ocena serii nie jest średnią arytmetyczną ocen poszczególnych części)



sobota, 13 kwietnia 2013

"Pandemonium" Lauren Oliver

Pierwsza część trylogii Lauren Oliver zostawiła mnie z mocno mieszanymi uczuciami, dlatego też z daleko idącą ostrożnością podchodziłam do "Pandemonium". Jednakże za namową mojej drogiej koleżanki Niki zaczęłam czytać kontynuacje dając tym samym serii jeszcze jedną szansę...

Zakończenie "Delirium" w momencie gdy przerażona Lena przekracza granicę Głuszy, zostawiając po drugiej stronie umierającego ukochanego otoczonego przez hordę policjantów z całą pewnością było jednym z lepszych posunięć autorki. "Pandemonium" rozpoczyna się wraz z postawieniem przez naszą bohaterkę stopy na obcej ziemi. Narracja nie jest jednak prowadzona chronologicznie. Książka podzielona jest na dwie występujące na przemian części "Wcześniej" i "Teraz" (przy czym tych drugich jest więcej). Jak nie trudno się domyśleć "Wcześniej" opisuje proces adaptacyjny Leny wśród Odmieńców, druga część natomiast jej działania w ruchu oporu. Zadaniem Leny jest obserwowanie prężnie działającego komitetu popierającego Remedium. Niespodziewanie podczas zamieszek zostaje porwana i uwięziona wraz z Julianem - twarzą młodzieżowej propagandy.

"Pandemonium" jest niewątpliwe dużo ciekawsze od "Delirium". W dużej mierze odpowiedzialne za to jest opisywanie wydarzeń z punktu widzenia odmieńców. Rozwój zdarzeń obserwowany z perspektywy osób wyłamujących się z powszechnych norm jest dużo bardziej zajmujące niż śledzenie poczynań bohaterów, widziane oczami osoby, której światopogląd jest rezultatem społecznej propagandy.
Po przekroczeniu granicy zwieńczonej spektakularnym skokiem przez płot (gdyby autorka była Polką zaczęłabym podejrzewać ją o aluzje do protestów stoczniowców ) Lena w końcu zaczęła samodzielnie myśleć. Z tego też powodu jej przemyślenia są żywsze. Wątpliwości, które zaczęła odczuwać po spotkaniu z Aleksem w trakcie pobytu w Głuszy są już mocno ugruntowanymi przekonaniami. Dziewczyna przestaje być bezradną, zagubioną w otaczającym ją świecie jednostką, nie wyróżniającą się niczym w otaczającym ją tłumie. Ma siłę oraz motywacje aby wraz z Odmieńcami walczyć o lepsze jutro. Zanim to jednak nastąpi Lena będzie musiała zmierzyć się ze stratą ukochanego i pustką, którą po sobie zostawił. Na długo przed przeczytaniem książki spotkałam się z opinią, że Lena zbyt szybko zapomniała o Aleksie i zbyt często próbowała wyprzeć ze swojej pamięci wspomnienia o nim. Nie potrafię wyobrazić sobie jak inaczej mogłaby zareagować osoba, która od małego żyje w świecie, w którym właśnie bólu stara się za wszelką cenę uniknąć. Lena może i zmieniła swoje poglądy, niektóre reakcje są jednak zakorzenione w niej na tyle głęboko, że nie da się ich tak łatwo wyrwać.
 Lauren Oliver niewątpliwie poczyniła postępy w kreowaniu postaci, oraz świata, w którym przyszło im żyć (ewentualnie potrzebowała trochę czasu na rozwinięcie się). W "Pandemonium" spotkamy wielu nowych bohaterów, pośród których na pierwszy plan niewątpliwie wysuwa się Julian. Tak jak wcześniej Lena jest zwolennikiem remedium i tak jak ona pod wpływem drugiej osoby zaczyna mieć wątpliwości co do tego czy rzeczywiście stoi po właściwej stronie. O ile jednak nasza bohaterka była jedynie pionkiem, Julian ma wysoko postawionego tatusia, a on sam jest osobą rozpoznawalną, przez co jego bunt nie będzie już tak oczywisty. Warto nadmienić, iż jest to jedna z mniej papierowych postaci w tej trylogii. W zastawieniu Aleks vs. Julian z pewnością mógłby liczyć na mój głos.
W drugiej części akcja koncentruje się głównie na działaniach Odmieńców, którzy okazali się
całkiem sprawnie zorganizowanym ruchem mającym realne szanse na obalnie dotychczasowego systemu. Z radością podpatrywałam jak sprawy mają się po drugiej stonie barykady. Szczególnie ciekawie przedstawia się wewnętrzny rozłam w szeregach przeciwników remedium. Dotychczas, tak jak Lena, wierzyliśmy, że istnieją jedynie dwie grupy - "prawi obywatele" wierzący w zbawczą rolę zabiegu, oraz Ci, którzy sprzeciwiali się takiemu porządku rzeczy. Rzeczywistość przedstawia się jednak nieco inaczej, gdyż oprócz odmieńców do których dołączyła Lena istnieje także opozycyjna grupa Hien dążąca do rozlewu krwi.

Zakończenie (tak jak i w poprzedniej części) jest bardzo mocnym punktem książki. Zaskakujące i stwarzające wiele niebranych, do tej pory przez czytelnika, możliwości sprawia, że z przyjemnością sięgnę po "Requiem" będące zwieńczeniem trylogii.

Moja ocena: 4+

piątek, 29 marca 2013

"Isola" Isabel Abedi

Przechodząc między książkami wyłożonymi na półce w bibliotece natknęłam się na pozycje napisaną przez autorkę, której nazwisko gdzieś wcześniej już spotkałam, jednakże za nie potrafiłam przywołać w pamięci w jakich okolicznościach. Wzięłam książkę do domu i wygooglowałam hasło :Isabel Abedi. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że stworzyła ona cykl powieści, w których zaczytywałam się mając lat przynajmniej o połowę mniej niż obecnie. Więc skoro książka ta, przeznaczona tym razem dla młodzieży, wpadła już w moje łapki, nie mogłam odmówić sobie przyjemności przeczytania jej.

" Isola znaczy po włosku wyspa. Po portugalsku wyspa to ilha. Ale podczas gdy w ilha pobrzmiewało coś zmysłowego, tęsknego, isola kryła w sobie słowo "izolacja" - i właśnie to nas niebawem czekało."

Dwanaścioro nastolatków wyrusza na bezludną wyspę w celu wzięcia udziału w projekcie przygotowanym przez ekscentrycznego reżysera. Jego zamiarem jest stworzenie filmu kręconego za pomocą ukrytych kamer rozsianych po całej wyspie. Jedną z uczestniczek jest Joy, a właściwie Vera, gdyż takie imię przyjmuje na potrzeby produkcji. To właśnie jej oczami obserwujemy wydarzenia rozgrywające się w egzotycznych plenerach w pobliżu Rio de Janeiro. Nastolatkowie spędzają dnie wylegując się na plaży lub oddając innym formom lenistwa. Do ich umysłów wkrada się jednak niepokój wraz z otrzymaniem instrukcji gry, której mają wsiąść udział, bo inaczej ich przygoda zostanie zakończona w trybie natychmiastowym. Jedno z nich ma zostać mordercą i powoli eliminować pozostałych, odsyłając ich przy pomocy reżysera do domu. Wygląda jednak na to, że ktoś potraktował sprawy zbyt poważnie. Nieustępliwe oko kamery śledzi poczynania grupy na każdym kroku. I tylko ono zna prawdę...

"Kogo zagramy, jakie role, główne czy drugoplanowe - kim będziemy na tej wyspie? Co miało się z nami stać, co nam przeznaczono? Nie rozdzielono ról, nie wybrano bohaterów czy czarnych charakterów. Mieliśmy stworzyć własny film, zaplanować akcje, a tym samym i postacie, w które wcielimy się na wyspie"

Już na pierwszej stronie otrzymujemy rozpiskę bohaterów, oraz ról jakie przyjęli. Jest to o tyle ciekawe, że nigdzie później nie natykamy się na ich prawdziwe tożsamości. Podglądani 24h na dobę przyjmują różne postawy, aby ukryć swoje prawdziwe oblicza, a przynajmniej ujawnić jednie tyle, ile sami zapragną. Nie ma wśród nich żadnych przywódców, czy superbohaterów. Choć wszyscy posiadają odmienne charaktery, nikt nie pcha się przed szereg; każdy z osobna walczy z napotkaną sytuacją mając w pamięci obiecaną gaże.
Narracja prowadzona z perspektywy czasu, od samego niemalże początku insynuuje, że na wyspie wydarzyło się coś strasznego; coś co pozostawiło rysę w życiu bohaterki. Książka prowadzona jest dość sprawnie, więc z każdym kolejnym rozdziałem czytelnik coraz częściej zaczyna zadawać sobie pytanie co się stanie za chwilę. Niestety powieść osiąga kulminacyjne napięcie gdzieś w połowie książki, które w miarę odkrywania kolejnych elementów paradoksalnie spada. Pod koniec pojawia się dość sporo usterek i niejasności. Samo rozwiązanie trochę bardziej wymagającemu czytelnikowi pozostawi pewien niedosyt.
Pomysł sam w sobie nie jest niczym nowatorskim, nie od dziś jest wiadome, że najbardziej nas, jako ludzi ciekawi życie innych. Swojego czasu programy typu reality show cieszyły się ogromną popularnością. Jednak nawet na co dzień nigdy nie jesteśmy ze sobą sam na sam, powszechny monitoring, kamerki komórkowe i wiele innych tego typu rzeczy sprawiają, iż jesteśmy ciągle potencjalnymi, nieświadomymi swej roli aktorami.

Wielki brat patrzy i nie można od tego uciec.

Książka reklamowana jest (była?) jako "Zajmująca historia miłosna, zapierający dech w piersiach thriller i psychologiczny majstersztyk." Aż tak daleko nie posuwałabym się z pochlebstwami, gdyż z tego co mogło zostać całkiem niezłą obyczajówką z wątkiem psychologicznym, powstał kiepski thriller, jednak, czy to z powodu mojego dziwnego pociągu do niemieckiej literatury, czy też sentymentu do autorki, książka nie pozostawiła po sobie niemiłego wrażenia.

Moja ocena: 4

wtorek, 4 grudnia 2012

Recenzja: "Nowicjuszka" Trudi Canavan

To już moje drugie spotkanie z twórczością p. Canavan i na chwilę obecną z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że nie ostatnie. "Nowicjuszka" to druga, po " Gildii magów" część "Trylogii czarnego maga".  Po nie do końca spełniającym moje wymagania, pierwszym tomie, o którym możecie przeczytać  tu, fabuła tomu drugiego "rozkwita", pozwalając zatracić się w lekturze.

Sonea, w końcu po wielu perturbacjach, przedstawionych we wcześniejszej części, staje się Nowicjuszką Kyraliańskiej Gildii Magów . Jako dziewczyna pochodząca ze slumsów nie może jednak liczyć na akceptację swoich rówieśników wywodzących się ze najznamienitszych rodów w królestwie. Wyniośli, pyszni, przekonani o własnej wyższości, robią wszystko. aby złamać jej ducha i przyczynić się do jej upadku, nie zważając na koszty. Wsparcie odnajduje w osobie Rothena - swojego mentora, jednak niespodziewanie nawet to zostaje jej odebrane, gdy opiekę nad nią przejmuje Wielki Mistrz Akkarin. To co przez innych zostaje uznane za wyróżnienie, dające dodatkowe powody do wrogości wobec dziewczyny, dla Sonei znającej prawdziwe motywy Akkarina jest prawdziwym przekleństwem.

Fabuła prowadzona jest dwupłaszczyznowo, tak więc zmagania Sonei na uniwersytecie przeplatają się z historią Dannyla - nowo obsadzonego Drugiego Ambasadora Elyne. Zadanie mu powierzone jednak znacząco odbiega od poleceń wynikających z pełnionej przez niego funkcji.

O ile "Gildie.." możemy uznać jako umiarkowanie interesujące preludium, o tyle " Nowicjuszka" warta jest zarwania nocy. Akcja przyspiesza i staje się najzwyczajniej w świecie ciekawsza. Canavan, chodź usadziła historie w świecie pełnym magii niejednokrotnie sięga po problemy osadzone w naszych realiach. Nękanie, którego doświadcza co rusz Sonea, nie jest niczym niezwykłym w szkołach.
Przejawy dyskryminacji, wyścig szczurów, rozsiewanie plotek, dziwnie nie pasują do ludzi światłych, za których uważa się magów, a jednak występują w śród nich na masową skalę. Jak nie trudno się domyśleć większość uszczypliwości kierowane są pod adresem Sonei, która jednak dzielnie, zamiast poddać się zaciska zęby, aby udowodnić pozostałym, a przede wszystkim sobie swoją wartość. Jej postępowanie jest przypieczętowaniem przemiany wewnętrznej, zapoczątkowanej pod koniec poprzedniego tomu. Bohaterka ta tym samym zyskała moją sympatię.
Autorka nie poprzestaje jednak jedynie na rozwijaniu wątku Sonei. Pozostali także mogli cieszyć się swoimi 5 minutami. Wprowadzenie nowych bohaterów, mający bezpośredni wpływ na rozwój wydarzeń, w mojej ocenie było dobrym posunięciem zapobiegającym stagnacji. Odrzucając niemalże całkowicie obraz życia w slamsach, autorka skupiła się na badaniu terenów Gildii, oraz krain sprzymierzonych, skupiając się na zwyczajach, tradycji, historii; odkrywaniu nowych fascynujących miejsc.

Twórczość Canavan wciąga niczym ruchome piaski. Nie potrafię stwierdzić, co odpowiada za taki stan rzeczy. Być może styl pisania, przypominający idealnie skomponowaną melodię, którą można by słuchać w nieskończoność; być może nietuzinkowa fabuła pozwalająca przenieść się w odległe krainy nie ruszając się z fotela... Czymkolwiek nie byłoby to "coś", potrafi przekonać mnie, do sięgnięcia po kolejną część, i kolejną i jeszcze jedną...

Moja ocena: 4+

Tytuł oryginału: The Novice
Wydawca: Galeria Książki
Data premiery: 2009-10-05
Ilość stron: 652

piątek, 16 listopada 2012

"Czerwień rubinu" Kerstin Gier

Teoretycznie podróże w czasie nie są niemożliwe. Teoretycznie... W praktyce wygląda to jednak trochę inaczej, dlatego też, zamiast podróżować po innych epokach, możemy jedynie, zakotwiczeni we własnej rzeczywistości, pozwiedzać inne miasta, czy kraje; ewentualnie pojeździć palcem po mapie.

W świecie Gwendolin, głównej bohaterki "Trylogii czasu" niemieckiej autorki Kerstin Gier, podróże w czasie nie są jednak jedynie abstrakcyjnym wymysłem miłośników science fiction, lecz czymś naturalnym, zwyczajnym....No dobrze - prawie naturalnym i prawie zwyczajnym... Ale wszystko po kolei.

Poznajcie Gwendolin - zwykłą nastolatkę przytłoczonej przez system edukacji szkolnej, posiadającą oddaną przyjaciółkę, lekko dziwaczną rodzinę i cały pulę innych rzeczy, składającej się na nudne życie szesnastolatki. Wśród członków jej drzewa genealogicznego występują osoby obdarzone genem podróży w czasie umożliwiające, jak nie trudno zgadnąć, podróże w czasie. Według obliczeń Isaaca Newtona posiada go także kuzynka Gwen - Charlotta, od małego przygotowywana na przyjęcie tego brzemienia (lub daru jak, kto woli). Uczona fechtunku, historii, dawnych obyczajów ze zniecierpliwieniem, wraz z całą rodziną oczekiwała tego pierwszego skoku w przestrzeń potwierdzającym jej dziedzictwo. Jednak niespodziewanie to nie Charlotta, lecz młodsza o jeden dzień Gwen cofa się nagle kilkadziesiąt lat wstecz i stwierdza, że to właśnie ona posiada ten jakże pożądany gen. Niestety początkowo nikt nie chce jej uwierzyć. Rodzinka ślepo wierząca w obliczania Newtona (gdyż Newton wielkim uczonym był), nie przyjmuje do wiadomości wersji dziewczyny, posiadającej ograniczony margines zaufania po historii z duchami (tak, Gwendolin widzi duchy). Nieplanowane skoki zdarzają się co raz częściej, nieubłaganie dążąc do ostatniego po którym nie ma już powrotu. Niemalże w ostatniej chwili, rodzinka orientuje się, że Gwen nie kłamie by zwrócić na siebie uwagę, lecz realnie potrzebuje pomocy. Dziewczyna zostaje wprowadzona w tajniki misji, w której udział pierwotnie miała brać Charlotte. Wraz ze Gideonem de Villares - członkiem drugiej rodziny, w której poszczególne osoby także były nosicielami genu, musi wyruszyć w przeszłość, aby wykonać zadanie, którego skutki rzutować będą zarówno na teraźniejszość jak i przyszłość.

Niewątpliwie, na korzyść książki działa fakt, iż nie traktuje ona o wampirach, wilkołakach, nefilim, aniołach, demonach, itd. Otóż, bohaterowie "Czerwieniu rubinu" są 100% przedstawicielami homo sapiens. Wszyscy. Bez wyjątku.
Dalej jest niestety trochę bardziej schematycznie. Mamy tu dość sympatyczną główną bohaterkę, której życie z dnia na dzień stanęło na głowie, a ona sama okazała się kimś niezwykłym. Mamy głównego bohatera którego aparycja jest wprost proporcjonalna do poziomu arogancji, którą sobą reprezentuje. Typ "och" i "ach", który obowiązkowo początkowo nie ma najlepszych układów z uroczą Gwen (niech zgadnę, może chodzi tu o jego sposób bycia?), ujawniając jednakże głęboko skrywane odruchy godne dżentelmena lód pomiędzy nimi topnieje. Ciekawe co z tego wyniknie? Z pewnością nikt nie wpadłby na to, że powstanie z tego coś romansowopodobnego...
Czepiam się. Wiem.

Choć podróże w czasie są motywem często poruszanym  w literaturze, wbrew pozorom tego typu wątek nie jest wcale łatwy do prowadzenia. Dość szybko można się zapętlić, a wtedy bez trudu wkraść może się nam niechcianych "paradoks dziadka" (ciekawskich odsyłam do wikipedii). Gier kieruje jednak fabułę, w sposób jasny i przemyślany, dzięki czemu nie sposób się pogubić. Jedyne do czego pod tym względem mogę się przyczepić, to nie zbyt dokładne odwzorowanie realiów dawnych czasów. Skoro przenosimy się kilkadziesiąt lat wstecz, pragnę zachłysnąć się tamtejszym powietrzem i poczuć panującą tam atmosferę. Niestety zabrakło tego -  a szkoda, gdyż Londyn, w którym toczy się akcja, daje pod tym względem prawdziwe pole do popisu.
Autorka prowadzi fabułę na zasadzie nawarstwiania kolejnych pytań, tajemnic i przekrętów, trudno więc ocenić całokształt jedynie po pierwszej części. Z doświadczenia wiem, że w każdej trylogii znajduje się jeden tom odbiegający poziomem od pozostałych. Zazwyczaj jest to część pierwsza, będąca swoistego typu wprowadzenie, lub druga, gdzie z kolei po mocnym, w tym wypadku, wstępie, następuje spowolnienie akcji. Trudno powiedzieć mi jednak, która zasada obowiązuje w "Trylogii czasu", gdyż nie miałam okazji przeczytać kolejnych tomów.

Ogółem książkę czyta się naprawdę szybko i bez większych zgrzytów. Zauważałam, że powieść zbiera naprawdę wysokie noty, radziłabym więc nikomu nie przekreślać tej serii, z góry, lecz przekonać się samemu czy naprawdę na takowe zasługuje. Może jestem za stara na tego typu literaturę (choć jak wiadomo książki daty ważności nie mają), lub zbyt głęboko wydrążona w literaturę młodzieżową, nie wiem. Przygody Gwen i Gideona zaciekawiły mnie, jednakże nie do tego stopnia, aby myśl o tym co będzie dalej nie dawała mi spać po nocach. Ot taka po prostu odskocznia, od zwykłej szarej rzeczywistości. No, bo w końcu któż z nas nie chciałby choć na chwilę wyrwać się z dzisiejszych realiów i zobaczyć jak było kiedyś? Jednakże jak to powiedział Jean-Paul Sartre "Być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze. " I tego się trzymajmy.

Warto nadmienić, iż powstała również ekranizacja pierwszej części trylogii Gier, której premiera planowana jest na 2013 rok. Zwiastun obok :




Moja ocena: 4

Tytuł oryginału : Rubinrot
Wydawca: Egmont Polska Sp. z o.o.
Data premiery: 2011-04-29
Ilość stron: 344



poniedziałek, 15 października 2012

"Zanim umrę" Jenny Downham

Gdyby pozostało Ci jedynie parę miesięcy życia co byś zrobił? Pojechał do miejsca, które jawi się w twojej głowie jako najpiękniejszy zakątek na Ziemi, czy został w domu i cieszył się zaciszem domowego ogródka? Spojrzał na świat z nowej perspektywy i odetchnął tak naprawdę po raz pierwszy pełną piersią, czy zabunkrował w swoim pokoju i w półmroku czekał na koniec? Czy odważyłbyś się sięgnąć po marzenia i pragnienia, które skrywasz głęboko w sobie?
 
Dla 16 letnie Tess chorej na rzadką odmianę białaczki nie jest to jedynie hipotetyczne założenie, lecz prawdą, z którą musi się zmierzyć. Jej czas się kończy, a ona jest tego boleśnie świadoma. Z uporem maniaka, jakby zdeterminowana w przeciągu tak krótkiego czasu zmieścić całe swoje "przyszłe" życie, realizuje punkty ze swojej listy mające dać jej poczucie spełnienia.

„Nie chce teraz umierać, pragnę najpierw dobrze pożyć. Nagle wszystko staje się jasne i oczywiste. Niemal budzi się we mnie nadzieja. To czysty obłęd. Chcę doświadczyć życia, zanim umrę. Tylko to ma sens.”

Pragnienia wypisywane są przez nią bezpośrednio na ścianie przy łóżku stają się katalizatorem do rezygnacji ze spędzenia reszty czasu w czterech ścianach pokoju. Świadoma swojej bezkarności sięga więc po zakazane owoce, w które obfituje dzisiejszy świat: seks, narkotyki, drobne przestępstwa. Wie, że może udawać kogokolwiek tylko chce. Początkowe punkty z listy wypełnia jednak beznamiętnie; ot aby odfajkować kolejne linijki niczym produkty na liście zakupów, które wrzucamy mechanicznie do koszyka. Następne są jednak coraz mniej powierzchowne; wymagające zaangażowania.
A czego tak naprawdę chce Tessa?
Miłości.
Pragnie kochać i być kochaną. Pragnie kogoś kto będzie trzymał ją za rękę, gdy będzie wyruszać w swą ostatnią podróż.
Tylko tyle i aż tyle.

„- Chce być z tobą w ciemności. Leżeć w twoich ramionach. Pragnę, żebyś mnie kochał. Był obok, kiedy się boję. Chcę, żebyśmy razem poszli na koniec świata i zobaczyli, co tam jest. [...] -A jeśli zrobię coś nie tak? - To niemożliwe. - Mogę cię zawieść. - Nie zawiedziesz mnie. - Mogę spanikować. - To nie ma znaczenia. Chcę, żebyś tam był."

Tessę możemy oceniać jedynie przez pryzmat jej działań. Niewiele wiemy o jej przeszłym życiu. Jest jakby zamknięty rozdział do którego się już nie wraca. 
Jaka więc jest Tessa? Z całą pewnością zdeterminowana do spełnienia wszystkich punktów na swojej liście. Determinacja ta chwilami zahacza wręcz o egoizm, który jednak w tym szczególnym przypadku jest jak najbardziej uzasadniony. Wyciska życie niczym sok z pomarańczy - do ostatniej kropli.

W książce możemy jednak przypatrzeć się także przez krótką chwilę osobą, które otaczają główną bohaterkę na co dzień. Prawdą jest, iż choroba jednego członka jest jednocześnie chorobą całej rodziny. A każde z nich "radzi" sobie z tą sytuacja na własny sposób. Ojciec Tessy miotający się pomiędzy sprzecznymi racjami; każdego dnia zmuszający córkę do wstania z łóżka, nie pozwalający się jej jednak wyszaleć, gdy ta odczuwa taką potrzebę. Młodszy brat, który nie potrafi odnaleźć się w owej sytuacji i rejestrujący ją jedynie cząstką świadomości. Matka, która już dawno wypuściła stery swojego życia. 

Książka ta przypomina trochę inną historię, opisaną w "Oskar i pani Róża" Erika - Emmanuella Schmidta. W obydwu na próżno możemy szukać dokładnego opisu życia z nowotworem, czy  przebiegu choroby. Autor skupia się na czymś innym - głodzie życia, który przesłania wszystko inne. Przedstawiając wiarygodną historię o umieraniu jednocześnie oddala litość ze strony czytelnika. Pokazuje, jak wiele rzeczy tak naprawdę zależy jedynie od naszego podejścia. 

Jenny Downham podjęła się opisaniu trudnego tematu, lecz sądzę, iż była to próba udana, aczkolwiek nic ponad to.

Moja ocena: 4

Autor:     Downham Jenny
Wydawca: Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Data premiery: 2009-04-16
Tłumaczenie:  Gajdzińska Monika