Pokazywanie postów oznaczonych etykietą by Avia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą by Avia. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2015

"Zacisze Gosi" Katarzyna Michalak

Kwiaty mają moc – to fakt znany nie od dziś. Potrafią pocieszyć, wzbudzić radość, a nawet miłość. Na własnej skórze doświadczają tego niejednokrotnie urocze mieszkanki Milanówka, które w trylogii Katarzyny Michalak połączyła miłość do kwiatów, wielkie serca, i pewien wspaniały różany ogród.

„Zacisze Gosi” zasadniczo podzielona jest na dwa główne wątki fabularne. Pierwszy z nich skupia się na przyjaciółce Kamili – głównej bohaterki poprzedniej części- tytułowej Gosi, do której zaczynają powracać echa przeszłości. Jednym z nich jest Jakub, który w ostatnim rozdziale „Ogrodu Kamili” staje w progu dworku w Milanówku, aby wywrócić życie dwóch, niczego nie spodziewających się kobiet, do góry nogami, drugą natomiast były mąż naszej protagonistki, chcący pozyskać majątek małżonki. 

Przyznać muszę, iż sam tytuł jest dość mylący gdyż autorka dużo więcej uwagi w dalszym ciągu poświęca pannie Nowodworskiej, aniżeli swojej tytułowej bohaterce. Nie wydaje się to złą decyzją, biorąc pod uwagę fakt, iż w życiu Kamili dzieje się i to całkiem sporo. Łukasz – jej ukochany, nie mogąc pogodzić się z kalectwem będącym powikłaniem po ciężkim wypadku samochodowym, wciąż ją odpycha, na domiar złego dziewczyna sprostać musi wyzwaniom czekającymi na nią w firmie, którą przejmuje na czas rekonwalescencji prezesa. Jakby tego było wciąż zbyt mało, autorka funduje nam oraz biednej dziewczynie prawdziwy uczuciowy rollercoaster, w momencie wkroczenia do akcji Jakuba Kilńskiego – jej dawnej miłości.

Obiektywnie rzecz ujmując to właśnie postać wpływowego biznesmena skradła tę część. Jest to niewątpliwie postać najbardziej dynamiczna i chyba najciekawsza, którą tak naprawdę dopiero co poznajemy i której zmianę obserwujemy w czasie trwania akcji. W tej części ukazuje się jego bardziej ludzkie oblicze, a zarazem wraz z nim wkraczają nowe problemy. Jego pojawienie się w progu Sasanki na zawsze odmienia życie Małgosi i Kamili. Pierwsza z nich rozpoznaje w nim wybawiciela, który pomógł jej przeżyć po zamachu terrorystycznym w londyńskim metrze, druga natomiast ma możliwość w końcu poznać jego historię i wyciągnąć z niej przerażające wnioski, gdyż Jakub Kiliński okazuje się ojcem Kamili Nowodworskiej. Tak… To jeden z bardziej pokręconych wątków tej trylogii.

Po „Zaciszu Gosi” Jakub śmiało mógłby pretendować do tytułu najbardziej pechowego faceta. Dlaczego? Przyjrzyjmy się jego historii ukazanej w pierwszych rozdziałach tejże powieści. Młody chłopaka rozkochuje w sobie nauczycielkę, która porzuca go gdy zachodzi z nim w ciążę. Nieświadomy niczego po 16-latch wiąże się z jej córką, z którą to niespodziewanie zrywa kontakt po tym jak dowiaduje się, iż jej matką jest jego dawna miłość. Rozgoryczona była kochanka goniąc go wpada pod autobus osierocając swoją jedynaczkę, a mężczyzna miotany poczuciem winy nie ma odwagi odpowiedzieć na którykolwiek z licznych maili nieświadomej z ich pokrewieństwa młodziutkiej Kamili. A to jedynie fragment tej zajmującej historii niczym z brazylijskiej telenoweli przeniesionej w Polskie realia…

Druga część trylogii kwiatowej uchodzić może za najbardziej nacechowaną emocjonalnie. Jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam się z powieścią , w której autorka w takim stopniu znęcała się nad wykreowanymi przez siebie postaciami. W „Zaciszu Gosi” nie ma bowiem nikogo, kto nie zostałby doświadczony przez los. Autorka nie poprzestaje jednak na dręczeniu mieszkańców Milanówka koszmarami z przeszłości rzuca im bowiem ciągle nowe kłody pod nogi. Było to tak różne od tego co zaserwowała nam autorka w „Ogrodzie Kamili”, iż chwilami wydawało się, że są to dwie odrębne historie. W trakcie czytania pewna mogłam być tylko jednego – jeśli coś układa się dobrze znaczy to jedynie, że jest to tylko cisza przed burzą.

Musze przyznać, że w pewien sposób uwielbiam tę serię; za jej dość absurdalne pomysły, mające więcej wspólnego z wyobraźnią autorki, aniżeli prawdziwym zżyciem, za jej lekką infantylność, i nieporadność językową. Za na siłę wprowadzany dramatyzm, który wywoływał emocje odwrotne do zamierzonych. Za trzeci osobowego narratora pojawiającego się nagle w trakcie akcji, który w jakiś sposób sugeruje nam co wydarzy się za chwilę, tworząc tym samy niezamierzony komizm. Aż trudno uwierzyć, że powieść, która posiada tyle cech charakteryzujących książki złe, naprawdę może się podobać – tak jednak jest, choć przeczy to wszelkiej logice.

„Zacisze Gosi” daje naprawdę wiele radości podczas czytania, pozwala się odprężyć i wywołuje szczery uśmiech na twarzy. Wprost nie mogę doczekać się kolejnej części „Przystań Julii”, która przybliży nam sylwetkę nowej sąsiadki protagonistek.
Widocznie z niektórym lekturami tak jest  - owijają czytelnika swoją magią niczym ciepłym kocem dając poczucie bezpieczeństwa i świadomość, iż w życiu nie ma takich sytuacji, z których nie dałoby się podźwignąć co na każdym kroku udowadniają nam przyjaciółki z Milanówka.

Moja ocena: 4+



Trylogia Kwiatowa:
"Zacisze Gosi"
"Przystań Julii"



sobota, 11 kwietnia 2015

"Ogród Kamili" Katarzyna Michalak

„Ogród Kamili” Katarzyny Michalak otwierający kwiatową trylogię znalazł się w moich rękach właściwie przez przypadek i o mały włos uniknął losu powieści, po które sięgnęłam tylko po to by już na zawsze je porzucić. Nie przepadam za książkami obyczajowymi. Są dla mnie zbyt statyczne, przewidywalne i nie potrafię się w nich zatracić. Dałam jej jednak szanse, a ona odwdzięczając się ukazała mi swoje wnętrze, które pozostawiło mnie z prawdziwą mieszaniną myśli.

Kamila ma 24 lata. Niepotrafiąca odważyć się na usamodzielnienie najchętniej zamyka się w swoim pokoju z książką i liże rany po swojej nieszczęśliwej i burzliwej miłości sprzed 8 lat, oraz pisze meile do nieszczęsnego ukochanego zwierzając mu się ze swojego życia, trosk, radości i uczuć. Pewnego dnia postanawia zmienić coś w swoim życiu, opuścić ciotkę u której zamieszkała przed laty po śmierci matki. Niedoświadczona dziewczyna cudem unika jednak zatrudnienia u człowieka zajmującego się handlem ludźmi, aby wpaść prosto w pułapkę zastawioną przez mężczyznę, którego kiedyś kochała. Nieświadoma sytuacji, w której się znalazła zaczyna nową pracę i nowe życie. Jakimi pobudkami kieruje się jednak jej wybawca? Czy rzeczywiście chodzi jedynie o wybaczenie? 

Początkowo miałam dość spore wątpliwości czy książka ta przypadnie mi do gustu. Po tak długim obcowaniu z fantastyką, lub innymi powieściami noszącymi jej znamiona, nagłe zakotwiczenie w rzeczywistości mogłoby niekorzystnie odbić się na moim odbiorze. „Ogród Kamili” ma w sobie jednak coś z baśni – choć traktuje o rzeczach nader przyziemnych, każde wydarzenie rozgrywające się na łamach powieści owiane jest pewną różaną magią. Na jej kojących właściwościach poznałam się jednak dopiero po kilkudziesięciu stronach pełnych irytacji na  niemrawą akcje, niezdecydowanych i nijakich bohaterów i pełne egzaltacji przemyślenia. W miarę upływu czasu powieść zyskiwała jednak moją sympatię.

Kamila zahukana 24- latka żyjąca wciąż na rachunek cioci, decydując się wziąć w końcu życie w swoje ręce przestała denerwować, a jej determinacja, miłość do książek i róż prawdziwie mnie ujęła, na duży plus zasłużyli także reprezentanci płci przeciwnej – Jakub i Łukasz. W pierwszym momencie sposób wykreowania ich postaci odrzucał mnie bardziej niż główna protagonistka. Kiliński zachowywał się niczym rasowy stalker, kontrolując życie dziewczyny, a co gorsza ingerujący w nie, w dość nietuzinkowy sposób, jego przyjaciel natomiast potraktowany tak schematycznie, że aż bolało – inteligentny, przystojny, na pozór gburowaty i zbyt pewny siebie, wewnątrz wrażliwy i empatyczny. Niespodziewanie jednak szczerze ich polubiłam i dopingowałam w powziętych zamiarach. 

W obserwowaniu ich poczynań nie przeszkadzał mi nawet sposób prowadzenia powieści – przemyślenia autorki, które w zamierzeniu zapewne także nas miały skłonić do refleksji, stawały się parodią samych siebie – tak doniosłe, jakby objawiały prawdę co najmniej o sensie istnienia. Bardziej  od samych egzaltowanych wstawek irytujące było nagłe pojawianie się autora wszechwiedzącego, który z powagą zapowiadał, że bohaterów nie czeka to co sobie zaplanowali, gdyż „los chciał inaczej…”. Z biegiem czasu także to przestało mi jednak przeszkadzać, a nawet dość pozytywnie kojarzyć się z tą właśnie książką, trochę inną, lekko magiczną, a przede wszystkim ciepłą i napawającą otuchą.

Pomimo, iż autorka nie szczędziła swoim bohaterom trosk, za każdym razem w życiu tej czy innej osoby stawał ktoś kto bez wahania wyciągał pomocną dłoń. Choć chwilami wydawało się to nieco naiwne, było budujące. W Milanówku, do którego trafia Kamila każdy gotów jest nieść pomoc, sąsiadki wspierają się w ciężkich momentach, a w pogodne dni przesiadują w różanym ogrodzie i podziwiają jego piękno.

Sielski obraz co jakiś czas burzony jest przez demony przeszłości, które nadają całości pewną nie oczywistość. Mamy świadomość, że coś wydarzyło się w życiu bohaterów, jest to jednak zwykle nic więcej niż delikatnie zarysowane kontury tego, co naprawdę kryje się w środku. Jest to od samego początku wielki plus tej książki, gdyż informacje docierają do nas stopniowo, ukazują znane na postacie w innym świetle i manipulują naszymi uczuciami. Przeszłość protagonistów maluje się na naszych oczach, gdyż nawet oni nie znają wszystkich elementów układanki. Nadawało to całości dynamiki i sprawiało, iż nie mogłam się oderwać od lektury.

W żaden racjonalny sposób nie potrafię wyjaśnić dlaczego właśnie ta pozycja tak bardzo mnie pochłonęła ostatnimi czasy, a oczekiwanie na kolejną część było istną katorgą. Być może oczarował mnie różany ogród, może przemówił do mnie klimat tej powieści, a może ma ona po prostu to niezdefiniowane coś, które nie pozwala mi o niej zapomnieć?

Moja ocena: 4+



piątek, 27 lutego 2015

"Mara Dyer. Tajemnica" Michelle Hodkin

„Mara Dyer. Tajemica” to na pierwszy rzut oka schematyczny młodzieżowy paranormal, na dodatek nie wyróżniający się wybitnym stylem pisania. Autorka jednak już od pierwszych stron próbuje zaznaczyć jego odrębność wśród innych powieści tego gatunku. Na wstępie dostajemy więc oświadczenie protagonistki, iż Mara Dyer to jedynie pseudonim stworzony za namową prawnika, a ona sama jest niebezpieczną osobą, która zagrozić może także nam – czytelnikom. Nuta grozy, połączona z pytaniami „o co chodzi?” i „jak doszło do tej sytuacji?” zachęcają do dalszej lektury.

Przenosimy do domu jednej z przyjaciółek dziewczyny, w którym wraz z koleżankami bawią się tablicą Ouija. Aby zaaplikować sobie dreszczy emocji zadają pytania dotyczące ich śmierci. Odczytana przez nich tajemnicza odpowiedź okazuje się prorocza- kilka miesięcy później dwie z uczestniczek zabawy nie żyją. Dalej jest równie ciekawie – Mara budzi się w szpitalu nie pamiętając, iż znalazła się w nim po tym jak budynek, w którym przybywała z przyjaciółmi, zawalił się. Jej, jako jedynej, udało się ujść z życiem po tym tragicznym wypadku. Wydarzenie to silnie odbiło się na jej psychice, a zespół stresu pourazowego niemalże uniemożliwił dalsze normalne funkcjonowanie. Wszystko zmienia wyprowadzka i oderwanie się od znajomych miejsc. Halucynacje jednak dalej prześladują dziewczynę. Na domiar złego stają się na tyle realne, iż dziewczyna przestaje odróżniać prawdę od realności. A może rzeczy, które widzi przydarzają się naprawdę?

Czytając każdą kolejna stronę miałam wrażenie, że to już gdzieś, kiedyś było - począwszy od charakterystyk bohaterów, przez sposób prowadzenia fabuły, na przedstawieniu życia w typowej amerykańskiej szkole skończywszy. Idąc tym tropem możemy w ciemno zakładać, iż główna bohaterka będzie cichą, na pozór niczym niewyróżniającą się dziewczyną próbującą uporać się z traumą i dręczącymi ją koszmarami. Posiadać będzie wspaniałą, choć trochę nadopiekuńczą rodzinę, jej pierwsze dni w szkole będą ciężkie, a jej towarzyszem w niedoli stanie się osoba tak jak ona lekko wyalienowana ze społeczeństwa. Nie można też zapomnieć o wrogach, których dorobi się już w pierwszym dniu nowego życia, przez zainteresowanie swoją osobą najprzystojniejszego chłopaka w całej okolicy. Jest to tak schematyczne, że aż boli – niestety sprawdza się także w tym przypadku. Podczas wspólnych lekcji z tajemniczym, urodziwym, lekko aroganckim i trzymającym wszystkich na dystans osobnikiem czułam się jakbym czytała powtórkę z lekcji biologii w „Zmierzchu”. To napięcie panujące między nimi, to że wydaje się, iż on ją zna od dawna choć nie miał do tego prawa, w końcu to, że on, boski Noah jest taki wyluzowany, cudowny, lekko hedonistyczny, jednakże z wielkim sercem, obyty w towarzystwie, inteligentny i kochający zwierzęta jest takie ekscytujące nudne! Jak dobrze, że to nie jest romans w czystym wydaniu.

Historia zdaje się, aż ociekać z nadmiaru tajemnic, które czają się na każdym kroku. Rzeczom, które dzieją się wokół Mary brak logicznego wytłumaczenia co przynosi fajny dreszczy emocji brak jednak napięcia, które sprawiłby, że czytelnik byłby autentycznie ciekawy co będzie dalej. A można by go wprowadzić i to w sporych dawkach, gdyż mamy i opisy krwawych śmierci i retrospekcje, które bardzo powoli odkrywają kolejne karty historii wydarzeń w noc tragedii, mamy w końcu samą Marę, której granica między urojeniami a rzeczywistością dość wyraźnie się zaciera. Chwilami przypomina to trochę „Szeptem” – my wiemy, że cos się dzieje, główna bohaterka wie, że coś się dzieje, nie przybliża nas to jednak w żaden sposób do rozwiązania zagadki ”dlaczego?”.

Dużym plusem jest fakt, iż autorka próbuje jednak konsekwentnie dążyć do rozwiązania zagadki wątku romansowego używając jedynie jako tła nie wybijającego się zbytnio na pierwszy plan. Między Noahem i Marą iskrzy, jednak nie jest to aż tak denerwujące jakby mogło się stać gdyby przyćmiło wszystko inne. Wprowadzając tą relację autorka miała jasno określony cel, który przysłużył się do rozwiązania tajemnicy, co sprawia, że główni bohaterowie w naszej świadomości od pewnego momentu nie funkcjonuje już jako para zakochanych, ale równorzędni partnerzy działający w tej samej sprawie.

Ewolucja bohaterki, a raczej jej początki ukazane w końcowych rozdziałach, dają nadzieję, że autorce uda się jednak przestać powielać schematy i stworzyć coś fajnego i wyróżniającego się. Pierwszy tom był jednak jedynie wstępem, przez co nie sposób mówić o nim jako o „wciągającym” czy "emocjonującym”. Po następne tomy raczej nie sięgnę, gdyż to co otrzymałam wystarczyło mi w zupełności. Nie ukrywam, że do lektury zachęciła mnie zniewalająca okładka, która przyciąga uwagę znacznie lepiej niż treść.


Moja ocena: 3

wtorek, 17 lutego 2015

"Dziwny jest ten świat..." - oglądając "Miasto 44"

W polskiej kinematografii istnieją tematy, które powracają co jakiś czas, aby zdobyć serca widzów. Jednym z nich jest temat „II wojny światowej”. Na przestrzeni kilkunastu miesięcy mieliśmy możliwość oglądać już „Powstanie warszawskie” stworzone z oryginalnych ujęć, czy „Kamienie na szaniec”- ekranizacja prozy Kamińskiego. Na warsztat temat ten wziął także Jan Komasa – jeden z najlepiej zapowiadających się reżyserów młodego pokolenia, którego „Miasto 44” miało pozwolić współczesnej młodzieży zobaczyć powstanie oczami ich rówieśników, którzy ginęli w imię ojczyzny.

Okres II wojny światowej. Po warszawie rozchodzą się wieści o planach powstania. Janek wbrew namową matki, poruszony zapałem swoich rówieśników, postanawia dołączyć do grupy powstańczej, do której należy już jego przyjaciółka Kama. Tam poznaje Biedronkę – cichą, nieśmiałą dziewczynę, która dzieli z nim przekonania. Walka mająca trwać kilka dni przeradza się jednak w regularną rzeź, w której Polacy bez wsparcia, zaopatrzenia i wyszkolenia skazani są na porażkę, a młodzi stają przed okrutną prawdą – chęć walki, oraz nadzieja nie przynosi ocalenia.
Finał tej historii znamy doskonale. Ludność warszawy została zdziesiątkowana, miasto niemalże w całości uległo zniszczeniu, a samo powstanie jest uznane za jedno z najgorzej przeprowadzonych zrywów narodowowyzwoleńczych.

O historii Polski mówi się wiele, jednakże większość obrazów staje się jedynie kolorowymi kliszami mającymi ożywić dawne dni. Dzisiejszemu społeczeństwu, w którym brakuje wzorców, ideałów, wiary, potrzeba jednak znacznie więcej, aby zrozumieć położenie młodych ludzi stających w obliczu apokalipsy. Nie rozumiemy tego głębokiego związku z ojczyzną, chęci poświęcenia się w imię jej dobra. Przez ogólny dostęp do internatu, otwarte granice jesteśmy społeczeństwem nieodczuwającym i nieprzykładającym wagi do przynależności narodowej. Wizja oddania życie za coś tak abstrakcyjnego jak ojczyzna, którą w dowolnej chwili można zmienić jest trudna do przyjęcia, a nawet wyobrażenia sobie. Film, który ożywiłby bohaterów powstania, pokazał, że pomimo rzeczywistości tak różnej od naszej, tak jak my popełniali błędy, kochali, marzyli, planowali i żyli w prawdziwym świecie – nie tylko na kartach książki, czy starych zdjęć, sprawiłby, że uzyskalibyśmy choć cząstkową odpowiedź na pytanie „dlaczego?”.

Jednym z niewielu ludzi, którym mogło się to udać był właśnie Jan Komasa. Młody reżyser, który zyskał sławę dzięki „ Sali samobójców” pokazał, że potrafi trafić do publiczności, porwać ich za serca i zmusić do refleksji. Gdy jego debiut kilka lat temu zrobił na mnie ogromne wrażenie, a historia Dominika była roztrząsana przeze mnie w każdym możliwym wymiarze wiedziałam już, że z niecierpliwością oczekiwać będę kolejnego filmu sygnowanego jego nazwiskiem.

Powstanie Warszawskie jest tematem niezwykle zajmującym. Komasa zdaje się doskonale rozumieć jak mocny i przerażający obraz ma do przedstawienia. Z wirtualnego wszechświata, w którym schronienia szukali młodzi ludzie odczuwających często nieuzasadniony bezsens istnienia, ukazany w „Sali…”, rzuca nas w objęcia społeczeństwa, które tak mocno kocha życie, iż bez wahania gotowe jest rzucić się w objęcia śmierci, aby pozwolić mu trwać choć jeszcze przez chwilę. Ich naiwna wiara w to, iż będą zdolni pokonać wroga była jednocześnie budująca i tragiczna. Z całego morza entuzjastów, Komasa wyławia jednak dwóch bohaterów, o których jest jego film - Biedronce i Stefanie, którzy zakochują się tak jak tylko w powieściach bywa – szybko i aż po grób. Dlatego też gdy dociera do nich, iż „zabawa w wojnę” przerodziła się w masową rzeź, w której giną bliscy, w której krew spływa po ulicach Biedronka próbuje ocalić siebie i rannego ukochanego co prowadzi do tułaczki po ulicach okupowanej Warszawy. Stefan nie chce jednak uciekać dlatego też opuszcza Biedronkę i z powrotem udaje się na pole bitwy.

Przedstawienie powstania oczami tej dwójki okazało się jednak zabiegiem nie do końca trafionym. O ile Biedronka wydaje się całkiem autentyczna, a jej wybory, umotywowane chęcią przetrwania, zrozumiałe, Stefan przez większość filmu jedynie mnie irytował. O ironio, to właśnie jego postawę powinniśmy podziwiać bardziej – za wszelką cenę próbował dotrzymać słowa danego ojczyźnie, nie zostawiał przyjaciół w potrzebie, walczył aż do utraty tchu. Jego postać była jednak tak pełna patosu, że aż chwilami sztuczna. I niestety tyczy się to także pozostałej części jego grupy – ludzi starających się uchodzić za twardych, broniących ideałów, w które tak naprawdę przestali wierzyć wraz z pierwszym krwawym żniwem. Jest w tym jednak jakaś prawidłowość, która ujawnia się gdy w pewnym momencie na twarzy Stefana i jego kompanii jedną autentyczną rzeczą jest przerażenie w oczach. Jak inaczej można jednak reagować na fakt, iż za zło nie istnieje w jakieś abstrakcyjnej formie – są tylko ludzie.

Obraz rysowany przez Komasę przeraża. Z pewnością jest to jeden z niewielu polskich filmów, w którym osobom zaangażowanym do efektów specjalnych należą się owacje na stojąco. Jestem w pod ogromnym wrażeniem realizmu, który ukazywał się moim oczom w każdej sekundzie filmu. Wybuchy widziane wcześniej jedynie w kinie akcji brutalnie uświadamiały mi co tak naprawdę znaczy wojna. Scena, w której po wybuch ulice zalewa krew jest jedną z tych, które powinno oglądać się tylko w horrorach. W jednej ze scen, myślałam, że to martwe ciała ptaków zabite przez łatwopalne gazy powstałe po wybuchu farbują ulice na czerwono. Chciałam wierzyć, że to tylko ptaki… Właśnie w chwilach takich jak ta, widząc świat oczami Biedronki odczuwałam realne przerażenie i ogromny żal, iż to nikt inny, tylko człowiek zgotował drugiemu człowiekowi taki los.

„Miasto 44” obierając sobie za docelowych odbiorców młodzież nie mogła ograniczać się do scen ukazywanych w tak wielu wcześniejszych produkcjach. Komasa, który niejednokrotnie pokazał, iż nie boi się wychodzić poza utarte schematy, także w swojej najnowszej pozycji zastosował chwyty, które miały w pewien sposób dostosować „język wojny” do współczesnych odbiorców, dlatego też wędrówka po kanałach ukazana jest jak scena z rasowego horroru, sceny miłosne wyglądają niczym w dość dziwacznym marzeniu sennym, ludzie strzelają w rytm dupstepu, a kamera niespodziewanie ukazuje sytuacje z perspektywy gracza. Potrafię rozumieć cel, który reżyser próbował osiągnąć tymi zabiegami, nie zmienia to jednak faktu, iż w mojej opinii psuły one odbiór całości. Wyjątkowo toporny montaż, w którym brakowało płynnego przejścia między tym co realne, a tym co za takie miało jedynie uchodzić, nie poprawiało odbioru. Sceny te na tle całości wyglądały groteskowo, a chwilami wręcz nie na miejscu. To z całą pewnością nie była dobra droga do odmłodzenia historii…

Przed seansem spodziewałam się, iż film powali mnie na kolana, zmiażdży serce, nie pozwoli złapać oddechu. Tak się niestety nie stało. Śmiało mogę stwierdzić, że promocja tego filmu wyprzedziła jego faktyczną wartość. Głęboka wiara ludzi walczących w Powstaniu, ich nadzieja, poczucie godności i oddanie sprawie dawało otuchy, jednakże sam wybór postaci którym oglądaliśmy świat, okazał się dość nietrafiony. Nie zmienia to faktu, iż jestem dumna, iż takie filmy, na takim poziomie, potrafią powstać w Polsce, oraz, że potrafimy chwalić się kartami naszej historii, nawet jeśli z perspektywy czasu wiemy, iż było to niczym więcej jak zbiorowym samobójstwem.

Polska wciąż potrzebuje produkcji, która zrewolucjonizuje obraz wojny w oczach młodego widza. Takie filmy wciąż będą powstawać, a oczekiwania względem nich nie będą maleć. „Miasto 44” to dobra produkcja, z ciekawą fabułą i genialnie odwzorowanym obrazem zniszczonej Warszawy, nie jest to jednak jeszcze obraz, który przyniesie zmiany...


poniedziałek, 9 lutego 2015

"Hopeless" Colleen Hoover

Raz na jakiś czas na rynku wydawniczym pojawia się powieść będąca dla wielu czytelniczym objawieniem. Najnowsza powieść  Colleen Hoover "Hopeless" jest bez wątpienia jedną z nich. Czytając liczne opnie wychwalające ją ponad niebiosa doszłam do wniosku, że nie znać tej pozycji w obecnej chwili jest lekko passe. Co jeśli dane jej zmienić jest także moje życie, a ja przez swoją niechęć do New Adult nie dam jej tej szansy?

Nie mogłam na to pozwolić.

Siedemnastoletnia Sky wiedzie dość specyficzne życie - mieszka z matką adopcyjną, która nie toleruje w swoim życiu nowinek technologicznych, jej przyjaciółka uznana jest za miejscową dziwkę, z powodu swojej niechęci do stałych związków, a sama protagonistka idąc za jej przykładem z chęcią przyjmuje w swoim pokoju chłopaków, jednakże odczuwa głęboką niechęć do rozpoczęcia z nimi współżycia. Po wielu latach domowej edukacji postanawia rzucić się w wir szkolnego życia. Tam spotyka tajemniczego Holdera – przystojnego buntownika, który po samobójczej śmierci siostry bliźniaczki wyjechał, dając innym pole do domysłów na temat jego domniemanego pobytu w poprawczaku z powodu bójki. Chłopak rzeczywiście wydaje się nieobliczalny czym przeraża Sky, tak samo mocno jak nagłym zainteresowaniem jej osobą.

Książki z gatunku New Adult, do którego „Hopeless” niewątpliwie należy nie cieszą się u mnie popularnością, dlatego też dość chłodno podchodziłam do tej jednej z najlepiej ocenianych książek minionego roku. Jest ona niemalże podręcznikowym przykładem dobrej książki dla młodzieży – mamy bohaterów doświadczonych przez los, młodzieńczą miłość, próby radzenia sobie z przeszłością i problem dużo poważniejszy niż „kocha, nie kocha”.

Sky zamknięta jest niczym w szklanym kloszu przez adopcyjną matkę. Marzy jej się życie zwykłej nastolatki, przez swój sposób wychowania nie jest jednak na to zbytnio gotowa. Będąc adoptowana w wieku pięciu lat, nie zna i nie stara się pamiętać życia wiedzionego przez siebie wcześniej. Wszystko  w co dotąd wierzyła zostaje podważone przez tajemniczego chłopaka, który przy pierwszym spotkaniu dostrzega w niej inną osobę. Dziewczyna czuje się skonfundowana zachowaniem chłopaka, który jednak staje się  jej towarzyszem w walce z rzeczywistością. Z czasem jego przypuszczenia, wydające się zwykłymi wymysłami cierpiącego serca, okazują się niebezpodstawne, a przeszłość dziewczyny rzeczywiście skrywa pewną tajemnice.

Książka obiektywnie patrząc jest bardzo dobrze zrealizowana. Mamy ludzkich bohaterów z całą paletą zalet stonowanych jednak przez wady, które każdy z nich posiada. Wydają się całkiem normalnymi młodymi ludźmi, z którymi można by się zaprzyjaźnić, pośmiać, zjeść pizze, czy pójść do kina. Aby nie było jednak zbyt cukierkowo i jak na New Adult przystało, głównym bohaterowie nie w głowie imprezy i zabawy. Dręczą ich demony, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Potrzebują siebie nawzajem i o dziwo pomimo własnego bólu skutecznie wspierają siebie nawzajem. Relacja między Holderem i Sky prowadzona była bardzo spokojnie, co było ogromną zaletą. Ani przez chwilę przez głowę nie przeszła mi myśl, że ich związek był nienaturalny; wymuszony przez wizję autorki. To co działo się między nimi toczyło się jakby poza stronicami, gdzieś w alternatywnej prawdziwej, nieokreślonej literami, rzeczywistości.

Co ważne przy takiej eskalacji problemów autorka nie doprowadza czytelnika do przygniecenia wagą wydarzeń rozgrywającymi się w powieści. Choć rzeczy, które zgotowała naszej protagonistce przerażają i przytłaczają swoją prawdziwością wszystkie negatywne uczucia stonowała tym jednym, najbardziej pozytywnym – miłością głównych bohaterów. Czytało się o tym całkiem przyjemnie, szczególnie, że pomimo początkowych zgrzytów w narracji całość prowadzona była płynnie i całkiem zgrabnie językowo.

Jestem pozytywnie zaskoczona, że wciąż powstają książki skierowane dla młodzieży, które niosą ze sobą coś mądrego i nie pozwalają zamknąć oczu na otaczającą nas rzeczywistość. Książka ta nie była dla mnie na tyle przełomowa, abym zmieniła swoje nastawienie do tego gatunku. Spędziłam z nią kilka miłych godzin, jednakże nic po za tym. Nie potrafiłam zdobyć się na nic ponad dość chłodny obiektywizm, który jednak przy każdym kroku pokazuje, iż powieść ta naprawdę zasługuje na miano dobrej.

Po książkach otrzymujących tak wysokie noty jak „Hopeless” spodziewam się zazwyczaj, że zawładną moim sercem i rozumem, lub odwrotnie – pozbawia złudzeń, zawiodą, uznam je za gniot i będę hejtować po wsze czasy. A "Hopeless"…

....Cóż "Hopeless" jest książką po prostu przeciętną.

Moja ocena: 4



środa, 14 stycznia 2015

"Exitus Letalis" Katt Lett

Od zawsze lubiłam otaczać się słowami. Otulać nimi niczym ciepłym kocem w zimną noc; pozwalać porwać się długim opisom miejsc, zdarzeń, postaci. To właśnie one w dużej mierze stały się dla mnie wyznacznikiem geniuszu autora. Nie zawsze jednak czas pozwala mi zatapiać się w wykreowanym przez pisarza świecie i zniknąć na długie godziny. Dlatego też coraz częściej zaczęłam sięgać po historie obrazkowe. Traf chciał, iż na mojej drodze pojawił się komiks polskiej autorki tworzącej pod pseudonimem Katt Lett.

„Exitus Leatalis” opowiada o młodej psycholog Evie Monroe cierpiącej na narkolepsje, która zostaje oddelegowana przez tajną organizację do Norwegii. Trafia do rezydencji noszącej tajemniczą nazwę „Nilfheim” ( co oznacza królestwo lodu i zimna), gdzie ma spotkać się z 6 mężczyznami naznaczonymi piętnem II wojny światowej. Jakże wielkie jest jej zdziwienie, gdy zamiast kilku starszych panów jej oczom ukazuje się grupa niemalże jej rówieśników. Misja, której się podjęła okazuje się zaskakująca i nieszablonowa. Dzięki swoim zdolnościom  widzenia przyszłych wydarzeń ma odkryć zagadkę ich nieśmiertelności.

Komiks ma tak wiele wad i niedociągnięć, że nie wiem od czego zacząć swoją litanię. Przyjrzyjmy się na początku głównej bohaterce. Eva jest genialnym dzieckiem. W wieku osiemnastu lat skończyła psychologię, ma prawdopodobnie fotograficzną pamięć, gdyż nauczyła się języka Norweskiego w pięć dni. Dodatkowo jest wyjątkowo piękna czym zdobywa serca kilku mieszkańców rezydencji, miła, zawsze uśmiechnięta, pomocna, nieustępliwa, bla, bla , bla. Narkolepsja czyni ją bezbronną przez co w swoich podopiecznych wzbudza ich głęboko ukryte rycerskie odruchy. Wszystko  byłoby w porządku, gdyby komiks nosił choć znamiona realizmu. Młodziutka Eva jest bowiem bardzo papierowa. O większości jej cech jedynie się mówi; sama autorka w żaden sposób nie poczuła się zobligowana przedstawić dowody potwierdzające te opinie. Genialna pani psycholog… błagam.

Dziewczyna nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle swoich rówieśników, a jej wiedza w dziedzinie psychologii wydaje się dość marna. Zważywszy na to, że w jej otoczeniu znajduje się cała masa osób posiadająca różnorakie schorzenia,( których pełną listę znaleźć możemy w przypisach, ale o tym za chwile) mogłaby śmiało wykazywać się większym obyciem. Autorka stara się po za tym kreować swoja protagonistkę na osobę dojrzałą. Czasownik „starać się” ma tu szczególne znaczenie, gdyż Eva zachowuje się jak każda nastolatka na siłę udająca dorosłą.

Prezentowanie zachowań nieadekwatnych do prawdziwego wieku bohaterów jest zresztą chyba domeną Katt Lett. W historii opowiadającej o grupie nieśmiertelnych chłopaków nie powinnam doszukiwać się zbyt dużej dozy realizmu, ale choć kilka rzeczy powinny zostać zachowane i dopasowane do otaczającej nas rzeczywistości. Mieszkańcy Nilfeim, choć mieli ponad dziewięćdziesiąt lat, przeżyli (podobno) piekło II wojny światowej, w „Exitus Letalis” zachowują się jak grupa nastolatków zmagającymi się z burzą hormonów. O ich licznych dysfunkcjach, którymi książka jest naszpikowana postaram się nawet nie roztrząsać. W historii Katt Lett pojawia się tak wiele zaburzeń psychicznych wśród głównych bohaterów, że aż przestałam wierzyć, czy sama autorka miała w tym jakiś wyższy cel, niż zirytowanie czytelnika wyjaśnieniami znajdującymi się na tyłach komiksu.

Sytuację nie poprawiają nawet dialogi, które swoją błyskotliwością lub przyjemną w odbiorze formą potrafiły uratować nawet najdziwniejsze pozycje. Komiks zawodzi także w tej materii. Stanowczo zbyt często miałam wrażenie, iż bohaterowie spędzili o kilka godzin za wiele w internetowej rzeczywistości, gdyż ilość sloganów w wypowiadanych przez nich zdaniach jest zatrważająca. Przeszkadzały mi także przewijające się stanowczo zbyt często wulgaryzmy. Z całą pewnością dialogi nie były najwyższych lotów.

Jest jednak kilka rzeczy wpływających pozytywnie na odbiór tej pozycji. Autorka posługuje się naprawdę ładną kreską, która uprzyjemniała lekturę, komiksu, który zamiast intrygować i bawić (?), irytował i wprawiał w osłupienie nad głupotą bohaterów.

„Exitus Leatalis” to pierwszy tom serii opowiadającej o młodej psycholog mającej rozwiązać zagadkę mieszkańców norweskiej rezydencji. Historia, do której zostaliśmy wprowadzeni może i wydaje się ciekawa, a rozwiązanie zagadki skłania do sięgnięcia po kolejne części ( gdy się pojawią), sposób przedstawienia bohaterów, oraz sytuacji w ich udziale skutecznie jednak mnie do tego zniechęcił.

Moja ocena: 3


piątek, 9 stycznia 2015

"Klucz" Mats Strandberg; Sara B. Elfgren

Skandynawskie kryminały od dawna święcą triumfy na całym świecie. Na polski rynek przebiło się jednak kilka książek, bynajmniej nie należących do tego gatunku, a pochodzących wprost ze Szwecji. Trylogia o miasteczku Engelsfors opowiadająca o grupie Wybrańców – czarownic władającymi sześcioma żywiołami, których celem jest zapobiegnięcie apokalipsie, zdobyła grono fanów na całym świecie. „Klucz” ostatnia część trylogii ponownie przenosi nas w świat Minoo, Anny-Karin, Vannesy i Lineii toczących nierówny los z przeznaczeniem.

Na początku było ich siedmioro - kilku zwyczajnych nastolatków władającymi mocami, których nie rozumieli i nad którymi nie do końca umieli zapanować. Ich krąg powoli zaczął się zmniejszać, a śmierć zabierała jego kolejnych członków. Teraz została ich jedynie czwórka. Trzy żywioły mające przyczynić się do zamknięcia portalu oddzielającego rzeczywistość ludzi od świata demonów, zostały na zawsze stracone. Dziewczyny mają świadomość, swojej bezsilności wobec zbliżającej się apokalipsy, nie tracą jednak nadziei i szukają nowych rozwiązań. Rada sprawująca władze w magicznym skutecznie im to uniemożliwia powołując nową grupę „Wybranych”. Dziewczyny nie potrafią jednak obdarzyć zaufaniem organizacji, która nieraz udowodniła już swoją bezwzględność i ślepe przestrzeganie zasad. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy do nowego kręgu dołącza Minoo, a nad Engelsfors pojawiają się pierwsze zwiastuny apokalipsy.


Zakończenia serii z zasady powinny najmocniej wpływać na uczucia czytelników – rozdzierać ich serca, zapierać dech w piersiach, wyciskać łzy z oczu. Niestety „Klucz” ma jedną zasadniczą wadę, która skutecznie uniemożliwiała mi zatopienie się we własnych emocjach – jest stanowczo zbyt długa. Seria Engelsfors składa się wyłącznie z opasłych ksiąg, w ostatnim tomie, który powinien być niczym laur na głowie zwycięzcy, było jednak stanowczo zbyt mało akcji i za dużo zdań. Chwilami miałam wrażenie, iż postacie wyłącznie myślą i dyskutują o tym co należałoby zrobić.
O ironio wraz z ilością wypowiadanych słów, poszczególni bohaterowie stawali się dla mnie coraz bardziej obcy. W czasie pierwszej fazy powstawania Kręgu poczynania, motywacje i zachowanie głównych bohaterek było czymś godnym uwagi. Pochodzące z różnych środowisk, obracające się w różnych kręgach towarzyskich dziewczyny zmuszone do współpracy próbowały pokonać wzajemne uprzedzenia i oddać się wyższym celom. Obecnie jednak ich osobowości starły się ze sobą i wszystkie są jednakowo irytująco nijakie. Sytuację ożywił nieco rozłam pomiędzy członkiniami Kręgu. To niosło jednak za sobą konsekwencje. Prowadzenie akcji dwoma niemalże niezależnymi nurtami było dość ciekawym posunięciem, gdyby nie fakt, iż zarówno w jednym jak i drugim brakowało konkretnych, mocnych punktów.

Po raz pierwszy dziewczyny stanęły przed problemem globalnym jakim był koniec świata, a nie działaniu przeciwko konkretnej jednostce pobłogosławionej przez demony. Pozbawienie fabuły głównego antagonisty otworzyło autorom możliwość wprowadzenia wątków pobocznych. Stał się nim niestety romans Vannessy i Lineii, który chwilami stawał się ważniejszy niż koniec świata. Żadna z nich już wcześniej nie była przeze mnie szczególnie lubiana – razem stały się prawie nie do zniesienia. Całość powinien jednak ratować wątek Minno współpracującej z Radą. To właśnie za jej sprawą zostaje nam przybliżona ta jakże tajemnicza organizacja, oraz mieszkańcy dworku. Niestety w dużej mierze jest to niewykorzystany potencjał.

Przyznać muszę, że byłam lekko zawiedziona poziomem zaprezentowanym w „Kluczu”. Po naprawdę mocnym cliffhangerze w drugiej części liczyłam na coś więcej. Autorzy, którzy nie bali się składać w ofierze czytelnikom głównych bohaterów, bez trudu tworzących, chwilami wręcz gęsty od emocji, szwedzki klimat zaprezentowali nam jedynie serię dialogów, monologów, wewnętrznych rozterek, historii rozstań i powrotów z apokalipsą w tle.

„Klucz” nie jest jednak powieścią złą. Pomimo tego, że mam w stosunku do niej naprawdę mieszane uczucia obiektywnie mogę jednak stwierdzić, że czytało się ją przyjemnie (pomimo 806 stron). Autorzy mieli ciekawy pomysł, który potrafili konsekwentnie prowadzić od początku do końca. Temat, który wybrali także nie był dla mnie – osoby wychowanej na Harrym Potterze – bez znaczenia. Serii „Engelsfors” nie można odmówić tego „czegoś” co sprawia, iż nie sposób oderwać się od kolejnych stron. W „Kluczu” tego „czegoś” było trochę mniej niż wcześniej nie przekreśla to jednak całkowicie fabuły w niej zawartej. Zabrakło jednak fajerwerków, które zapadły by głęboko w pamięć, szczególnie, że zakończenie historii samo w sobie było dobrze przemyślane, a co najważniejsze pozawalało na to, aby czytelnik sam dopowiedział sobie resztę historii.

Moja ocena: 4+


                                                                                                                
Trylogia „Engelsfors”:
„Krąg”
„Ogień”
„Klucz”

środa, 31 grudnia 2014

Podsumowanie 2014


Kolejny rok dobiegł końca, pora więc na podsumowania (czyli to na co czekam okrągłe 12 miesięcy). Udało mi się przeczytać całe 54 powieści (istne „szaleństwo”). Cóż się jednak dziwić skoro ten rok upłynął w tak szaleńczym tempie… Moje życie było pasmem słów- kluczy: studniówka, sukienki, , nauka, egzaminy, oceny, matura, wakacje, wyniki, wakacje, wybór uczelni, wyniki rekrutacji, przeprowadzka, wykłady, wykłady, wykłady… Eh…
Trochę tego było…
Z perspektywy czasu to jednak, AŻ 54 książki.

W moim corocznym podsumowaniu NAJLEPSZYCH POWIEŚCI 2014 brak niestety szczególnie mocnych pozycji, które wspominałabym latami. Kilka książek przeczytanych w ciągu ostatnich kilku miesięcy dostarczyło mi jednak godziny dobrej zabawy, a inne garści refleksji.

NAJLEPSZE POWIEŚCI 2014

       
       


    I. „Złodziejka książek” Markus Zusak – piękna opowieść o wojnie widzianej oczami małej dziewczynki porwała mnie i nie pozwoliła zapomnieć. Choć jej narratorem jest śmierć nie jest to bynajmniej opowieść o umieraniu, lecz o życiu w trudnych czasach, poświęceniu, przyjaźni i miłości                                                                           do książek.


II. "Dar Julii” Tahereh Mafi (recenzja) – zakończenia lubianych cykli mają to do siebie, że wzbudzają najwięcej emocji, nawet jeśli jako jednostka nie wyróżniały się niczym wybitnym. Pragnąc poznać zakończenie historii Julii i jej towarzyszy nie zawahałam się jednak zarwać noc. Zmiana, którą przeszła główna bohaterka jest tak ogromna, iż z niemałą przyjemnością czytałam o jej usiłowaniach poprawy losów świata.


III. „ Natalii 5” Olga Rudnicka (recenzja)  – przezabawna powieść „kryminalna”. Tajemnicza posiadłość, pięć kobiet o tym samym imieniu i nazwisku, które są zmuszone w niej zamieszkać, oraz sekrety ich ojca, które muszą rozwikłać. Rzadko trafiam na ksiązki, które potrafią rozbawić mnie do łez, tej ta trudna sztuka się jednak udała.

IV. „To, co zostało” Jodi Picoult (recenzja) – autorka, którą uwielbiam tym razem przenosi nas do Europy za czasów II wojny światowej. Sage – współczesna amerykanka poznaje historie swojej babci, która przeżyła holocaust, oraz jej oprawcy – byłego SS-mana, który prosi ją o nietypową przysługę. Moje serce i tak zdobyła jednak baśń przewijająca się między rozdziałami, która niegdyś uratowała życie młodej babci Sage.

V. "Dobry omen” Terry Pratchett, Neil Gaiman (recenzja) – to moje pierwsze spotkanie z twórczością obu panów, które zaliczam do jak najbardziej udanych. Absurdalny humor, sytuacje, wyciągane niczym królik z kapelusza, oraz znane historie, które w klasycznej wersji przedstawiały się jednak trochę inaczej. Bez wahania dałam się porwać nadciągającej apokalipsie, którą powstrzymać próbowali wysłannicy piekieł i nieba.


    VI. „Magia indygo” Richelle Mead (recenzja)-  choć przygody Sydney i Adriana opisane w serii „Kroniki krwi” czytałam nieprzerwanie aż do ostatniego zdania 3 tomu, to właśnie on najmocniej utkwił mi w pamięci i nakręcił na dalsze części serii. Co dalej z alchemikami, mojorami i romansem dwójki głównych bohaterów? Mogę się tylko domyślać, lecz już nie mogę doczekać się gdy sięgnę                                                                        po kontynuację.   


VII. „Ostatnia spowiedź” Nina Reichter – powieść niemieckiej autorki znalazła się w tym zestawieniu przez przypadek. Historia gwizdy światowej sceny muzycznej, oraz szarej myszki, jest tak niedorzeczna, tak banalna i schematyczna, że chwilami irytowała. Nie mogę jednak wyrzucić jej z pamięci i naprawdę oczekuję chwili gdy sięgnę po ostatnią część i poznam zakończenie tej przedziwnej historii.

Dziwnym zbiegiem okoliczności był to także rok ekranizacji, których obejrzałam całkiem sporo. Na tle pozostałych z pewnością wyróżniały się jednak dwie „Gwiazd naszych wina” (recenzja) oraz „Złodziejka książek”. Pierwsza z nich była przeze mnie naprawdę długo wyczekiwania i choć sama nie niosła za sobą takiego ładunku emocjonalnego jak książka oglądałam ją z prawdziwa przyjemnością. Co się tyczy drugiej – absolutnie wzruszająca, wciągająca, a co najważniejsze skupiająca się na trochę innych aspektach niż jej książkowy pierwowzór.

FILMY 2014


Och, to był szalony i wyczerpujący rok. Do zobaczenia w kolejnym :D

Avia

poniedziałek, 29 grudnia 2014

"Love, Rosie/ Na końcu tęczy" Cecelia Ahern

„Love, Rosie” to jedna z tych książek, na które nie zwróciłabym uwagi gdyby nie nowopowstała ekranizacja. Po obejrzeniu uroczego zwiastuna, zapowiadającego historię wieloletniej przyjaźni potrafiącej przetrwać wszystko, przywodzącego na myśl inną ekranizację o innej parze przyjaciół, który przypadł mi do gustu, postanowiłam sięgnąć po książkę zanim dam się porwać magii kina.
Po chwili poszukiwań okazało się, iż miałam prawa nie słyszeć, o książce „Love, Rosie”, gdyż jest ona niczym więcej jak odmłodzoną wersją „Na końcu tęczy” Cecelii Ahern. Z nowym tytułem, oraz dużo młodszą parą na okładce, miała w końcu możliwość podbić serca kobiet w różnych przedziałach wiekowym. Jeśli chodzi o mnie – udało się jej.

Rosie i Alex to przyjaciele od najmłodszych lat. Razem przeżywali szkolne katusze, pierwsze wzloty i upadki, miłości i rozczarowania. Na rok przed ukończeniem szkoły Alex zmuszony jest jednak wyprowadzić się z Dublina do Bostonu i rozdzielić ze swoja bratnią duszą. Rosie, której marzeniem od zawsze było jednak studiowanie dziedziny związanej z hotelarstwem, wie, że za rok znów się spotkają, gdy przyjdzie im studiować w jednym mieście. Wszystkie jej plany obracają się w mrzonki, gdy po balu absolwentów zachodzi w ciążę, a jej życie zaczyna obracać się wokół nowonarodzonego dziecka i  walki o przetrwanie jako samotna matka. Alex, w tym czasie, spełnia marzenia o zastaniu lekarzem, nawiązuje nowe znajomości i romanse. Pomimo dzielącego ich dystansu, zarówno w odległości jak i poziomie życia ich przyjaźń przetrwa i będzie świadkiem ich wieloletniej historii.

Przyznam, że od dawna nie czytałam tak ciepłej książki. Historia Rosie, która przez jeden błąd z młodości zmuszona była porzucić wszystkie marzenia i plany ukazuje nam niezwykle silną bohaterkę, która nie użala się nad sobą, lecz bierze sprawy w swoje ręce i działa mimo, iż to co dostaje jest tak różne od tego co oczekiwała. Stajemy się świadkiem jej zmagań z rodzicielstwem, samotnością, poczuciem beznadziei, z których zawsze wychodzi jednak obronną ręką. Przyjaźń z Alexem, który jest  uosobieniem jej wszystkich niespełnionych marzeń, będącą główną osią powieści, jest natomiast tak pozytywna jak sama protagonistka. Nic dziwnego. Ta dwójka dobrała się idealnie. Ahern stworzyła postacie, których nie w sposób nie pokochać. I nie mówię tu jedynie o głównej parze, gdyż przez książkę będącą zapiskiem 50 lat życia Rosie Dunne przewija się cała masa bohaterów pobocznych, którzy zostali dość wyraźnie podzieleni na negatywnych (których nie lubimy – czyli byłych lub obecnych partnerów naszych protagonistów, stojących na drodze do szczęścia tej dwójki) i pozytywnych (których uwielbiamy).

Co ciekawe Rosie nie jest narratorką swojej historii, ba, nie jest nią nikt z postaci. Obraz jej życia wyłania się bowiem przy pomocy setki listów tradycyjnych i elektronicznych, zaproszeń, liścików, rozmów na czacie. Pomysł autorki sprawił, iż jej powieść czytało się fenomenalnie. Całość została tym samym pozbawiona w dużej mierze sztuczności. Informacje zostają przekazywane, krótko i zwięźle przez co wiele lat, upływa nam niczym jeden dzień – bez rozwodzenia się nad szczegółami. A dzięki temu, iż mamy całą gamę adresatów, sytuacje poznajemy z więcej niż jednej perspektywy.

Listy nie mają jednak pełnić jedynie rolę nowatorskiego pomysłu. Są one główną metodą podtrzymywani przyjaźni między Rosie i Alexem. Patrząc z perspektywy całości trudno mi jednak ich związek postrzegać jako czystą przyjaźń, gdyż oboje ewidentnie coś do siebie czują, mało tego, próbują nawet się do siebie zbliżyć, los jednak ciągle stawia na ich drodze przeszkody, przez co żadne nie jest pewne uczuć drugiego. Ahern nie jest jednakże jedyną autorką, która poprowadziła wątki w ten a nie inny sposób. Kilka lat wcześniej swoją premierę miała ekranizacja książki Davida Nichollsa „Jeden dzień”. Tam tak samo jak tu ukazana jest wieloletnia przyjaźń dwójki bohaterów, która po wielu perturbacjach przeradza się w coś większego. (Swoją drogą historie są wręcz bliźniaczo podobne, wyjąwszy wątek nastoletniej matki). Wyczuwam w tym pewne zakłamanie, gdyż przez całą książkę bohaterowie, a nawet sama autorka, próbują nas przekonać, że istnieje coś takiego jak przyjaźń damsko-męska, podczas gdy sami w to nie wierzą i potajemnie do siebie wzdychają. Ich wątek był jednak na tyle uroczy, że wybaczam. Rosie i Alex nie jest jednak jedyną damsko-męską parą „przyjaciół”. Sytuacja tak samo przedstawia się w przypadku nastoletniej córki tej pierwszej. Matka i ojciec chrzestny nie pozwalają jednak powielać im swoich błędów, tym samym rehabilitując się ze swoich własnych uczynków, co doprowadzała do wielu zabawnych sytuacji. Cóż tak właśnie bywa gdy dorośli ludzie widzą w poczynaniach swoich dzieci obraz własnych występków z młodości.

Często czytając, iż książka jest „zabawna” podchodzę do niej z tym większym sceptyzmem. Tym razem było inaczej. Podczas lektury bawiłam się fantastycznie, dlatego też gorąco polecam każdemu spotkanie z Rosie Dunne i poznanie jej zwariowanego życia.

Moja ocena: 5


piątek, 26 grudnia 2014

"Julia. Trzy tajemnice" Tahereh Mafi

Normą stało się już, iż popularne serie doczekują się swoich pseudokontynuacji w formie krótkich nowelek, komiksów, przewodników po świecie, czy nawet kalendarzy, które na celu mają przedłużyć życie poczytnego cyklu. Sprawa nie inaczej ma się w przypadku Tahereh Mafi, która postanowiła opublikować zbiór opowiadań rozgrywających się gdzieś pomiędzy akcja właściwa przedstawioną nam w trylogii „Dotyk Julii”. Jest to z pewnością gratka dla każdego fana serii, do których, po głębszym zastanowieniu, chyba także się zaliczam.
 „Julia. Trzy tajemnice”, jak sama nazwa wskazuje, zawiera trzy krótkie opowiadania „ Destroy Me” (część 1.5), „Fracture Me” (część 2.5), oraz dziennik Julii pisany w czasie pobytu w zakładzie zamkniętym.  Ich poziom był jednak na tyle nierówny (głównie z powodu doboru osób, które są narratorami danych wydarzeń), iż zbioru tego nie będę rozpatrywać jako całości.

„Fracture Me”
Najsłabszy i najbardziej irytujący z opowiadań, głównie za sprawą narratora – Adama. Każdy kto miał do czynienia z trylogią doskonale wie, jaką osobą stał się ten nieśmiały, słodki chłopak znany nam z pierwszej części. Jego punkt widzenia poznajemy, w momencie gdy targają nim sprzeczne emocje odnośnie Julii, którą kocha, ale już nie tak jak kiedyś, z  którą chce być, ale nie może, którą postrzega w pewnym momencie jako osobę, przez którą musi wybierać między ochroną brata, a pomocą pierwszej miłości. Pytanie czy tak zachowuje się osoba szczerze kogoś kochająca nasuwa się samo. Adam irytował od dawna, nic więc dziwnego, że nie potrafiłam zbytnio wciągnąć się w relację przedstawiona z jego puntu widzenia. Istnieje jednak kilka plusów : poznaliśmy w końcu historię uciekinierów z Punktu Omega, po zrównaniu ich bazy z ziemią, oraz co tak naprawdę zadecydowało o tak nagłej zmianie naszego bohatera w stosunku do Julii.

„Dziennik Julii”
Fragmenty zawierające przemyślenia Julii od początku należały do najbardziej charakterystycznych cech trylogii. Niesamowicie ekspresywne, melancholijne, nieskładne i urywane zapiski osamotnionej dziewczyny niosły ze sobą spory ładunek emocjonalny, oraz ukazywały kwiecistość wypowiedzi autorki. Zazwyczaj pełniły dla mnie funkcję ozdobną – pięknie napisane, sentencjonalne, ożywiały fabułę. Krótkie zapiski przewijające się gdzieś między wydarzeniami, były ciekawym urozmaiceniem pozwalającymi wejść w umysł Julii. Ich kumulacja umieszczona w zbiorze opowiadań straciła jednak sporo uroku. Idealnie spełniające swoją rolę jako przerywnik, po dłuższej chwili stawały się dość nużące. Choć niosły ze sobą kilka informacji dotyczących genezy stanu, w którym znalazła się nasza bohaterka jak i ludzkość, nie ukazywały tak naprawdę nic ponadto co wiedzieliśmy wcześniej o Julii.

„Destroy Me”
Opowiadanie, bez którego cały zbiór mógłby w ogóle nie powstać. Wydarzenia ukazywane ze strony Wernera, były prawdopodobnie jedną z najbardziej pożądanych nowelek. Jawiący się jako bezwzględny, nieczuły, pozbawiony skrupułów intrygował od pierwszego spotkania, a jego zachowanie sprawiło, iż większość czytelniczek nieraz zastanawiała się – co nim kieruje i czy to jego prawdziwe oblicze. Akcja tego krótkiego opowiadania toczy się bezpośrednio po ucieczce Julii kończącej tom pierwszy i postrzeleniu przez nią Wernera. Pierwsza rzecz, która nasunęła mi się podczas czytania to zadowolenie z faktu, iż tak późno poznaliśmy prawdziwe oblicze chłopaka, przez co autorka pozwoliła dłużej nacieszyć nam się wizją młodocianego socjopaty. Gdyby opowiadanie te było umieszczone chronologicznie straciłabym wiarę w tę trylogię. Postać Wernera byłaby wówczas do bólu stereotypowa – chłopak pozbawiony rodzicielskiej miłości, szkolony od najmłodszych lat na nieznającego litości żołnierza, podporządkowanego zwierzchnikom, zmuszony przez życie do ukrywanie swojej, w gruncie rzeczy, delikatnej natury. Ileż razy już to widzieliśmy… Poznając jego punkt widzenia dopiero po zakończeniu serii opowiadanie czyta się z prawdziwą przyjemnością niemalże pozbawioną zażenowania. Jego fascynacja Julią ujawnia się na każdej stronie. W dziewczynie upatruje dla siebie ratunek, a co ważniejsze, zrozumienie. Znając jej historie nie potrafi uwolnić się od wrażenia łączącego ich podobieństwa. Jego uczucia potęgują się po odnalezienia dziennika Julii. Niestety zapiski przez niego czytane są dokładnym przekalkowaniem tego co znajdziemy w dalszej części opowiadań. Na tym nie kończy się jednak poznawanie Wernera. Dla autorki niezwykle istotne okazało się poinformowanie czytelnika o słabości bohatera do ubrań, jego zamiłowaniu do kąpieli, oraz dość niskim wzroście, czym przyprawiła mnie o mały atak śmiechu i uniesienie brwi. Na duży plus zasługuje jednak ukazanie jak dużo dzieliło to jak postrzegali go inni od tego jakim był naprawdę. Jego odwiedziny na osiedlach, stosunek do jednego z podwładnych, czy trudna relacja z ojcem ukazywały go jako wrażliwego, młodego chłopaka, potrzebującego akceptacji i wsparcia.

Podsumowując: „Julia, Trzy tajemnice”  jest pozycją po którą warto sięgnąć po zakończeniu trylogii. Nie należy oczekiwać jednak fajerwerków, czy odkrycia niesamowitych tajemnic. Zbiór ten pozwala jednak jeszcze raz poczuć klimat książek Mafi i po raz ostatni zatopić się w świecie Julii.


Moja ocena: 4

wtorek, 9 grudnia 2014

" Gwiazd naszych wina" John Green

„To nie nasza tylko gwiazd naszych wina”

O książce Greena było głośno już w czasie premiery. Wyjątkowo dobre opnie na goodreads, oraz miejsca w rankingach rocznych posłużyły za wystarczającą reklamę, aby w Polsce trzecia z kolei powieść amerykańskiego autora sprzedawana była z nalepką „Bestseller”. Prawdziwa greenomania zaczęła się jednak stosunkowo niedawno, bo wraz z pojawieniem się w kinach ekranizacji. Stan ten utrzymuje się do dnia dzisiejszego. Fanów przybywa niemalże proporcjonalnie do hejterów, głoszących iż nie jest to nic ponad zwykły wyciskacz łez, a ja cieszę się, że zdążyłam zapoznać się z „Gwiazd naszych wina” przed ogólnym szałem na wszystko co z greenem związane i wyrobić sobie o niej własne zdanie – nie podyktowane ogólnym zaślepieniem.

Pisanie o śmierci nie jest czymś łatwym, a pisanie o śmierci w sposób przystępny dla zwykłego czytelnika jest prawdziwym wyzwaniem. Pomimo to niektórzy pisarze nie obawiają się podjąć tego tematu. Popularność książek takich jak "Oskar i pani Róża", "Bez mojej zgody", "Zanim umrę", czy właśnie najnowsza książka Greena świadczą o tym,  że istnieje na nie zapotrzebowanie. Lęk przed śmiercią towarzyszy ludziom od początku istnienia; nie wiemy i nigdy się nie dowiemy czy istnieje inne, lepsze życie, które dane nam będzie wieść po opuszczeniu ziemskiego padołu, a może odrodzimy się w innej formie. To właśnie ta nieświadomość jest katalizatorem naszego strachu - strachu przed nieznanym. Powieści, które poruszają te trudne tematy dają możliwość oswojenia się z tą jedyną pewną rzeczą na świecie.

Hazel choruje na raka trzustki w czwartym stadium z przerzutami do płuc. Poznajemy ją, gdy w chwili depresji, za namową rodziców, udaje się na spotkanie grupy wsparcia dla młodych osób zmagających się z nowotworem. Z całą pewnością miejsce te można odbierać w sposób dwuznaczny: z jednej strony dodaje otuchy i siły do walki, poprzez swoistego typu rywalizację odbywającą się między uczestnikami, z drugiej jednak jest przygnębiające i przytłaczające przez ciągłe pojawianie się nowych twarzy zastępujących tych, którzy przegrali  i stali się jedynie kolejnymi nazwiskami wymienianymi na końcu litanii . Nic więc dziwnego, że nie jest to ulubiony sposób spędzania czasu, który jej pozostał. Jednak podczas jednego ze spotkań Hazel spotyka Augustusa – chłopaka „z zewnątrz” mającego najgorsze chwile dawno za sobą. Dalsze zdarzenia toczą się już lawinowo. Młodzi zaczynają się poznawać, zakochują w sobie, a ich miłość płynie wraz z wirem wydarzeń. Nie warto jednak oczekiwać happy endu...

 „Gwiazd naszych wina” to zasadniczo nie książka o umieraniu, lecz o życiu mimo wszystko, łapiąc każdą chwilę, jakby była tą ostatnią, wykorzystując do cna już i tak chyłkiem wykradane sekundy. Jest to niewątpliwie jedna z tych powieści po których zakończeniu robi się cieplej na sercu, po których chce się śpiewać, skakać, krzyczeć, patrzeć w niebo i dziękować za każdą sekundę.

Powieści tego typu rządzą się pewnymi prawami, które autor „Gwiazd…” bezwzględnie przestrzega. Tak więc otrzymujemy cały pakiet słodkich bohaterów, przejętych rodziców, miłych lekarzy i pielęgniarek, oraz zatroskanych rodziców. Każdy element z osobna mógłby przyprawić o zacukrzenie organizmu, połączone razem – o coś znaczenie gorszego. Całość tworzy jednak uroczy obrazek i bynajmniej nie przeszkadza. W końcu bohaterowie borykają się z problemami, które doskonale wyważają ten sielski obrazek.

Hazel i Gus są jednak w jakiś lekko przesłodzony sposób prawdziwi. Wyalienowani przez swoją chorobę, potrzebujący drugiej osoby, zdający sobie sprawę, że żyją dzięki chwilom wykradzionym losowi. Każde z nich z sytuacją, którą zgotowało im życie radzi sobie w inny sposób – Hazel, godząc się z tym co nieuniknione i próbując odejść bez zbędnego zamieszania, Gus próbując paznokciami wydrapać swoje imię w świadomości innych. To co sprawia, że nie mamy do czynienia jednak z postaciami dramatycznymi, ciągle użalającymi się nad losem i całym złem świata to ich dystans do siebie i swojej choroby. W gruncie rzeczy książka, o dziwo, nie jest utrzymana w podniosłym tonie – wręcz przeciwnie - okraszona jest sporą dawką humoru, będącą siłą tej książki. Hazel, która ochrzciła swoją butlę tlenową dumnym imieniem Phillip, ironiczne wspominanie o „bonusach rakowych”, to w jakim świetle przedstawiają nowotwór, dość wisielcze poczucie humoru Gusa, sprawia, iż nie jawią nam się jako ofiary, lecz osoby pełne pogody ducha. Książka stworzona jest po to aby igrać z naszymi uczuciami – pozwala nam pokochać bohaterów, utożsamić się z nimi, aby później rzucić nas na skraj emocjonalnej przepaści. Bohaterowie nie pragną zbyt wiele – tylko trochę więcej czasu, lecz my wiemy, że go nie dostaną, bo nie tak działa życie.

Schematyczność fabuły złamana jest dzięki dość dziwnemu pomysłowi autora, aby obdarzyć naszą protagonistkę pewnym niespotykanym marzeniem. Hazel chce bowiem poznać zakończenie swojej ukochanej książki „Cios udręki” – opowieści o chorej na białaczce Annie. Jej na pozór nieosiągalne pragnienie zostaje spełnione, gdy wraz z Gusem wyrusza do Amsterdamu, aby spotkać tajemniczego autora - Petera van Houtena. Muszę przyznać, że początkowo był to dla spory zgrzyt rzutujący na reszcie powieści. Wątek tak nierealny, w żaden sposób nie pasował mi do tej właśnie historii. Green, którego znakiem rozpoznawczym stały się metafory (te bardziej lub mniej wysublimowane), którymi wręcz wypchał swoją powieść, doskonale jednak wiedział jaki efekt chce uzyskać wprowadzając postać Houtena. Odpowiedź na to czy dało to zmierzony efekt jest rzeczą sporną, niezmienny pozostaje jednak fakt, że najwięcej między naszymi protagonistami dzieje się w klimatycznym Amsterdamie i nich tak zostanie.

„Gwiazd naszych wina” chciałaby uchodzić za książkę naszpikowaną głębokimi sentencjami. I choć większości z nich zarzucić można banalność, faktem pozostanie, iż niektóre z nich potrafią skłonić do chwili refleksji. Szczególnie prawdziwe wydaje się stwierdzenie umieszczone niemalże na początku książki, pozostawiający gorzki posmak na długo po odłożeniu książki na półkę – wszystkich nas czeka zapomnienie, bez względu kim jesteśmy i co uczynimy, a nasza historia umrze wraz z nami.

Z niektórymi książkami tak właśnie jest - zakorzeniają się w naszym umyśle pomimo tego, że podczas czytania nie robiły większego wrażenia. Tak było z książką Greena. Ot kolejna powieść dla nastolatków – przyjemna w odbiorze, lekko naiwna, lecz nie wyróżniająca się niczym szczególnym. Po pewnym czasie cała historia zaczyna jednak żyć w umyśle czytelnika własnym życiem. Niczym Hanzelowy „Cios udręki” tkwi na skraju podświadomości i wraca w najmniej oczekiwanych momentach.

Generalnie lubię ten rodzaj książek. To właśnie one najszybciej przypominają nam, że nie jesteśmy nieśmiertelni, a nasz czas jest ściśle określony. Można się śmiać z naiwności sentencji Greena, lecz prawdą jest, że każdy z nas ma własną „małą nieskończoność”, tylko tyle, aż tyle, i nic więcej.

Moja ocena: 6





piątek, 5 grudnia 2014

Dystrykt 13 istnieje i ma się dobrze - oglądając "Kosogłos. Część 1"

 Sezon na Kosogłosa rozpoczął się z godnym pozazdroszczenia hukiem. Tysiące plakatów pojawiających się w każdym możliwym miejscu, zwiastujących jego nadejście na długo przed dniem premiery, teasery, klipy spoty, trailery, książki z filmowymi okładkami, gadżety i ogólne szaleństwo. Nic w tym dziwnego, w końcu to właśnie TEN film – pierwsza część nakreślonego z epickim rozmachem zakończenia „Igrzysk śmierci”.

Katniss budzi się w 13 dystrakcie, który wbrew wszystkim oficjalnym danym istnieje i całkiem dobrze prosperuje. Przerobiony na podziemną bazę wojskową szykuje się do zadania ostatecznego ciosu Kapitolowi, mającego znieść panujący porządek. Zamieszki w dystryktach powstałe po ostatnich igrzyskach upewniają ich w swoim przeświadczeniu – władza jeszcze nigdy nie była tak osłabiona, a ludzie po raz pierwszy od dłuższego czasu gotowi są na przewrót. Aby ogień walki nie zgasnął w sercu ludu potrzebują jednak symbolu, w imieniu którego będą walczyć i ginąć. Naturalnym wyborem zdaje się być Katniss – dziewczyna, dziewczyna, która igrała z ogniem – która już raz udowodniła, iż nie podda się Kapitolowi. Nie mając w zwyczaju podporządkowaniu się żadnym instytucjom trudno nakłonić ja do podjęcia roli propagandowej maskotki, działając na polecenie ludzi, którzy skazali jej towarzysza –Peeta, oraz innych zwycięzców na łaskę Kapitolu. Okrucieństwo władzy okazuje się jednak bardziej namacalne niż prywatne animozje. Dystrykt 12 przestał istnieć – co będzie następne?

„Kosogłos, części 1” jako preludium do wielkiego finału stworzone było aby odnieść sukces. Nie ma w tym nic dziwnego. Zagorzali fani, bez względu na wszystko wybiorą się do kina, Ci którzy nie znali serii wcześniej nadrabiają zaległości i podążą ich śladem, gdyż adaptacje „Igrzysk śmierci” nie są tylko naprawdę dobrze zrealizowane, lecz pozostają także wierne książkom i ich przesłaniu – świat się stacza i to właśnie my będziemy tymi, którzy spoczną razem z nim na dnie.

Historia stworzona przez Suzanne Collins jest sama w sobie niezwykle barwna, atrakcyjna wizualnie i widowiskowa, nie trzeba więc wiele aby uczynić z niej coś co przyciągnie przed ekrany tysiące widzów na całym świecie. Oglądając „Kosogłosa” nie mogłam jednak powstrzymać się od porównań do wcześniejszych części. Niestety w zetknięciu z poprzednimi produkcjami ta, najnowsza, wypada dość blado. Dlaczego?
Powód jest dość prozaiczny. W zetknięciu z barwnym, pełnym przepychu Kapitolem, Dystrykt 13 wypada wyjątkowo szaro i nijako. Była to pierwsze odczucie, które pojawiło się na samym początku filmu i niestety zostało już ze mną do końca. To co zachwycało – wymyślne stroje, makijaże, fryzury, futurystyczne rozwiązania technologicznie, czy nawet dziwne zwyczaje mieszkańców Kapitolu, poszło w niepamięć. Zjawiskowe prace kostiumologów pracujących przy filmie potrafiły zawładnąć moim sercem. Teraz pozostała nam do podglądania jedynie szara rzeczywistość, z szarymi kombinezonami i wojskowym drylem. Nawet urocza Effie zastąpiła kolorowe peruki szarą chustą.

Na wojnie nie ma miejsca na piękno. Boleśnie przekonuje się o tym Katniss wędrując po gruzach dawnego Dystryktu 12 i natrafiając na setki zwęglonych ciał. Kapitol nie zapomina. Pomimo wojennej atmosfery, doniesieniach o zamachach, tysiącach śmierci w samym filmie wyjątkowo mało jest spektakularnych wybuchów, serii z karabinów, czy huku walonych murów. To co ma największy wpływ na dalsze losy ludzkości, nie zależy od pionków dzierżących w rękach broń, lecz dowództwa, które nimi steruje. Właśnie w tych momentach reżyser pokazuje, że nie zapomniał, iż film jest nagonką na mass media, która dla wielu stała się wyrocznią, bóstwem, ostatnią nadzieją.
Seria filmików propagandowych z Katniss kręcona jest na zielonym tle. Dziewczyna ma krzyczeć wzniosłe hasła, w tle płonąć mają dorobione komputerowo ognie bitewne. Prawdziwa walka toczy się gdzieś obok, daleko od wyizolowanego studia nagraniowego. Obraz ten doskonale wpasowuje się we wcześniejsze konwencje i ukazuje wręcz groteskowy obraz ludzkiej mentalności. Walczmy, ale najlepiej czyimiś rękami, w końcu w terenie można nawet zginąć!
Absurd sytuacji dostrzega jedynie nasza protagonistka, która bez wahania rzuca się w wir wojny biorąc ze sobą ekipę filmową, aby dokumentowała jej poczynania, a tym samym inspirowała innych.


Film bez trudu mógłby stać się parodią samego siebie. Sceny rozpaczy na gruzach dawnego domu, obrazy z frontu, chwile załamania po stracie bliskich i tych bezimiennych towarzyszy niedoli za każdym razem dzielił tylko mały krok od kiczowatych obrazków. Jennifer Lawrence obsadzona w roli Katniss ze swojego zadania wywiązała się jednak po raz kolejny znakomicie. Stworzyła postać z krwi i kości – dziewczynę, która można podziwiać, znienawidzić lub się z nią utożsamić – silną, pewną siebie i mającą jasny cel. Dużo mniejsze pole do popisu miał za to Josh Hutcherson czyli filmowy Peeta Mellark, któremu nie dane było robić nic ponad patrzeniem bez wyrazu w kamerę i wygłaszania mów z polecenia Kapitolu. Jego uwięzienie z pewnością całkiem znacząco pogmatwało historię, lecz przede wszystkim oszczędziło nam widoku miłosnego trójkącika, który z cała pewnością powstał by natychmiastowo pomiędzy nim, jego ukochaną Katniss, oraz jej przyjacielem z dawnych lat, który teraz odgrywa rolę dzielnego żołnierza. Oczywiście nie obyło się bez nie do końca przemyślanych sytuacji – Katniss mająca zwyczaju odrzucać uczucia biednego Peety, po jego stracie zaczyna zachowywać się jakby straciła jedną miłość swojego życia. Nie warto obwiniać za to jednak scenarzystę. Tak było w książce i basta.

Od dawna trzymam się opinii, że „Igrzyska…” są jednymi z najlepszych ekranizacji jakie powstały w ostatnim czasie. Podzielenie ostatniej części na dwa filmy, wg standardów niemalże wszystkich kasowych produkcji, zdaje się być jednak rzeczą dyskusyjną. Z pewnością wydłużenie czasu pozytywnie wpłynie na i tak dokładne trzymanie się treści książek, choć i tak pojawiło się parę zmian wprowadzonych na potrzeby ekranizacji (m.in. wprowadzenie wspomnianej wcześniej Effie ), film chwilami wydawał mi się najzwyczajniej w świecie nudny. Wina spoczywa jednak głównie na pierwowzorze. Książka, a w szczególności jej pierwsza połowa, nie była zbyt spektakularna; już podczas czytania była dla mnie przegadana.

 W przypadku pierwszej części  „Kosogłosa” nie można mówić o nagłych zwrotach akcji, czy niesamowitych efektach specjalnych. Wszystko jest stonowane, rozkręca się powoli, spełnia rolę wprowadzenia do tego co ma nastąpić za chwilę, ale jak wiadomo jest to tylko cisza przed prawdziwą burzą…

sobota, 29 listopada 2014

"Magia indygo" Richelle Mead



„Magia indygo” to kolejna, już trzecia, część „Kronik krwi” – serii, którą ostatnimi czasy pochłaniałam w hurtowych ilościach i na którą dość konkretnie się nakręciłam. Tym razem dzieje się jeszcze więcej, jeszcze szybciej i bardziej niebezpiecznie.

Zdolności magiczne jeszcze nigdy nie miały okazać się tak pomocne w życiu Sydney. Gdy w okolicach zaczyna grasować potężna czarownica odbierająca życie i młodość dziewczynom z potencjałem magicznym nasza protagonistka okazuje się niezwykle pomocna w schwytaniu jej. Podejrzenia padają na siostrę panny Terwiliger, która wraz z swoją (już prawie oficjalną adeptką) będzie próbowała ją powstrzymać. Na domiar złego na jaw wychodzą informacje o domniemanych kontaktach Wojowników światła z alchemikami przez co Sydney zatraca wiarę w instytucje, której podlegała przez całe życie. Odnalezienie Marcusa - zbuntowanego alchemika, utwierdza ją w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji sprzeniewierzenia się zwierzchnikom.

Oczywiście nie mogło zabraknąć wątku miłosnego, jak zwykle – najmocniejszego punktu całości, który dokumentnie poplątał życie biednej Sydney.

Po deklaracji miłości ze strony Adriana, a następnie odrzuceniu jego uczuć przez naszą protagonistkę nic nie może być już takie jak wcześniej. W końcu nie łatwo powrócić do przyjacielskich stosunków po takim wyznaniu. Całość dodatkowo komplikuje fakt, iż Sydney nie postępuję w zgodzie z własnym sercem, a przed związaniem się z morojem powstrzymuje ją jedynie myśl o mezaliansie jaki związku z tym mógłby wyniknąć. Zmuszeni do współpracy na polecenie panny Terwiliger będą mieć ze sobą do czynienia więcej niż dotychczas. Relacja między ta dwójką staje się burzliwa i elektryzująca. Rzadko kiedy spotkać się można z dialogami, w których pomiędzy postaciami iskrzy w takim stopniu. Nie wiem czy to zasługa naprawdę udanych postaci, smykałki Mead do tworzenia tego typu relacji, czy innych czynników. Rezultat jest jednak świetny. Czuć ogień wydobywający się z każdej strony. I to jest cudowne. To jak Adrian próbuje zbliżyć się do Sydney i przekonać ją do siebie, to w jaki sposób ona próbuje radzić sobie z miotającymi ją uczuciami i ogarniającymi ja wątpliwościami czyta się rewelacyjnie.

Część ta naznaczona jest uczuciem oczekiwania; na chwilę, w której relacja między głównymi bohaterami w końcu się wyklaruje, lecz także na to w jaki sposób potoczą się dalsze losy Sydney jako alchemiczki. Dziewczyna jest tylko o krok od obalenia wiarygodności instytucji, której służy, co może mieć dla niej fatalne konsekwencje. Gra zaczyna toczyć się o wysoka stawkę, a próby dojścia do prawdy narażają ja na coraz większe niebezpieczeństwo. Katastrofa wisi w powietrzu przez co jestem bardzo ciekawa jak potoczy się ten wątek.

A co oprócz tego?

Mieliśmy prawdziwe wampirze wesele, które stało się okazją do ocieplenia stosunków między morojami i alchemikami. Wydarzenie to umożliwiło nam zarazem spotkanie z dawno niewidzianymi bohaterami – Abe’m, Rose, Lisą, Christianem, a dla Sydney stało się prawdziwym sprawdzianem tego, czy potrafi zachować pokerową twarz i nie zdradzić swoich poglądów przed zwierzchnikami.

Kilka chwil uwagi zyskali także bohaterowie drugoplanowi, których życie miłosne wkradły się problemy rodem z „Mody na sukces” – Jill zakochała się w Eddiem, który  o tym nie wie, lecz sam potajemnie do niej wzdycha nie ośmielają się jednak do niej zbliżyć uważając się niegodnym księżniczki, dlatego też wiąże się z Angeliną, której początkowa fascynacja jego osoba zaczyna słabnąć. I to tyle w tym temacie.

Nie obyło się także od scen magicznych ćwiczeń, rzucania zaklęć, wertowania ksiąg, a nawet przywołania jednego, całkiem słodkiego, demona.

Jedyny wątek, który został pominięty, to ten będący katalizatorem wszystkich pozostałych, czyli sprawa przewrotu a dworze królewskim. Nic w tym dziwnego. Książka ugina się w końcu od nadmiaru (nie zawsze ze sobą spójnych) wydarzeń.

„Magie indygo” tak jak i poprzednie części czyta się wyśmienicie. Autorka w końcu zdecydowała się rozwinąć najciekawsze kwestie, przez co wprost nie mogę doczekać się kolejnych części!

Moja ocena: 5


Poprzednie części:

"Kroniki krwi" (recenzja)
"Złota lilia" (recenzja)