Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antonia Michaelis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antonia Michaelis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 października 2014

"Dopóki śpiewa słowik" Antonia Michaelis

Niepokojąca - tym jednym słowem opisać można najnowszą książkę Antoni Michaelis.
Dość lapidarny opis jak i tajemnicza okładka nie zdradzają zbyt wiele z treści przez co czytelnik zostaje wypchnięty wraz z 18-letnim Jarim w wir wydarzeń właściwie bez przygotowania.

Główny bohater po ukończeniu szkolenia na stolarza, postanawia wyrwać się z domu na kilka tygodni w poszukiwaniu przygody. Swoją wędrówkę zaczyna Burzowej Wysoczyzny, do której drogę wskazuje mu tajemnicza dziewczyna zapozna w przydrożnej galerii. Pomimo odstręczającej aparycji swojej towarzyszki zaintrygowany chłopak postanawia zboczyć z trasy i porzucić zamiar samotnej wędrówki. Przekraczając granicę lasu wraz ze zmianą otoczenia przemiana zachodzi także w powierzchowności dziewczyny, która pod przebraniem ukrywa swoją nieziemską urodę. Nieświadomy niebezpieczeństwa ukrytego wśród drzew Jari podąża w głąb oderwanej od realnego świata rzeczywistości, gdzie nadnaturalne piękno skrywa ponure tajemnice.

Tym co już na pierwszy rzut oka odróżnia twórczość Michaelis od innych pozycji przeznaczonych dla młodzieży jest język autorki, który nadaje każdej z opisanych przez nią historii niepowtarzalny klimat. Tak było także w tym przypadku. W połączeniu z wręcz onirycznymi opisami lasu dawało to piorunujący efekt. Michaelis z łatwością zaciera granicę między prawdą, a światem snów i baśni. Wszystko to mocno oddziałuje na wyobraźnię, szczególnie w połączeniu z wiecznie żyjącym lasem, porośniętym drzewami, zamieszkanym przez rozmaite zwierzęta, bezkresnym i niezbadanym.

Niewątpliwe autorka stworzyła sobie solidne podłoże do uwikłania misternej sieci, z której wyłania się historia trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Zagłębiając się w kolejne rozdziały coraz trudniej rozeznać się w sytuacji, a napięcie budowane jest z zaskakującą precyzją. Od pierwszych chwil mamy świadomość, że las skrywa w sobie jakąś przeraźliwą tajemnicę, a przesiąknięta krwią i obsypana kośćmi ziemia upomni się o kolejną ofiarę.

Niepewność towarzysząca przy pochłanianiu każdej kolejnej strony, sprawia, że sami mimowolnie zaczynamy odczuwać lęk i dezorientację, która w konsekwencji nieść może za sobą (tak ja w moim przypadku) bezsenną noc. Tak samo jak Jari przestajemy dostrzegać granicę nie tylko między rzeczywistością a snem, lecz także moralnością a złem czy pięknem i brzydotą. W budowaniu napięcia dużą rolę odgrywały także fragment przybliżające nam historie z przeszłości, które pomimo pozornego braku związku z wydarzeniami rozgrywającymi się w czasie trwania akcji są ściśle się z nią łączą, a z biegiem wydarzeń wręcz uzupełniają.

Chwilami książka prowadzona jest jak dobry kryminał, w której każda informacja może posłużyć jak element misternej układanki.
Niestety ta swoistego typu zabawa w kotka i myszkę z czytelnikiem będąca najmocniejszą stroną książką, w kulminacyjnej scenie okazuje się w moim odczuciu przekleństwem, gdyż nawarstwienie tajemnic doprowadziło do stworzenia przewidywalne nieprzewidywalnego zakończenia, które mnie osobiście do końca nie przekonało. Potencjał widoczny przez cały czas trwania akcji w został do końca wykorzystany.

Pomimo dość ciekawie skonstruowanych postaci nie potrafiłam się w żaden sposób z nimi utożsamić przez co niektóre dokonywane przez nich wybory i ich reakcje wydawały mi się nielogiczne. Już same zamieszkanie Jariego w lesie pomimo widocznych omenów zwiastujących coś przerażającego wydawało mi się ździebko naciągane.

Mając ciągle świeżo w pamięci fenomenalnego "Baśniarza"(recenzja) nie mogłam powstrzymać się niestety od porównań. Szczególnie, że pomimo różnych bohaterów i historii da się zauważać pewnych analogii. Magia którą odczuwałam podczas mojego pierwszego spotkania z autorką, tu nie była dla mnie aż tak namacalna. Piękno opisane w "Dopóki śpiewa słowik" przywodzące na myśl bajkowy świat było tak nieziemskie, że aż przerażające, przez co niemal całą książkę przeczytałam ze ściśniętym żołądkiem. Jestem pełna podziwu dla literackiego kunsztu Michaelis, jednakże zabrakło mi fragmentów nie znaczących zbyt wiele dla fabuły, a pozwalających czytelnikowi odetchnąć. Chwilami czułam się aż nazbyt przytłoczona i przygnębiona lekturą. Choć akcja rozgrywała się w przepełnionym pięknem środowisku, wszystkie relacje między bohaterami były chore. W "Baśniarzu" występowała sytuacja odwrotna - w świecie, w którym panowała brzydota, czyste uczucie łączące bohaterów, sprawiło, że książka nie miała aż tak pesymistycznego wydźwięku.

Znakiem rozpoznawczym autorki, jeśli chodzi literaturę młodzieżową, stało się poruszanie tematów trudnych w ocenie dla postronnego obserwatora, oraz zahaczanie o zagadnienie relatywizmu moralnego, co wyróżnia ją z pewnością na tle innych książek przeznaczonych dla młodzieży. Jest to jedna z tych nielicznych książek, które łapią czytelnika w swoje sidła i jeszcze długo po przeczytaniu ostatniego zdania nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Moja ocena: 5

[recenzja archiwalna]

wtorek, 9 września 2014

"Baśniarz" Antonia Michaelis

Istnieją książki, które wystarczy przeczytać tylko raz, aby historia w nich zawarta wbiła się w naszą pamięć niczym drzazga. Takie osądy nie warto wydawać jednak chwilę po przeczytaniu ostatniego zdania, gdy częścią siebie wciąż jesteśmy w świecie wykreowanym przez autora, a emocje, które nami targają są w stanie przenosić góry. Z „Baśniarzem” Antoni Michaelis miałam przyjemność zapoznać się przeszło półtora roku temu, a fakt, iż jestem gotowa po tak długim czasie napisać o nim coś spójnego upewnia mnie, iż właśnie ta powieść jest jedną z nich.

 Tak jak nie da się zaplanować najwspanialszych wspomnień tak samo nie da się przewidzieć kiedy trafi się na wyjątkową książkę. O mały włos nie minęłam się z twórczością Pani Michaelis, gdy czytając opis na okładce uznałam, że to kolejne schematyczne romansidło. Na szczęście pchnięta do działania pewną przypadkowo napotkaną recenzją postanowiłam dać jej jednak szansę.

W pewne dość ciepłe wczesnowiosenne popołudnie gdy nieśmiałe promienie słońca skrzyły się na ostatnich, już dość marnie wyglądających, śnieżnych zaspach zatopiłam się w historię Anny i Abla...

Początkowo fabuła wydaje się dość prosta i jednoznaczna. On - szkolny outsider, handlujący prochami, ona - dziewczyna z dobrego domu, zaabsorbowana zbliżającą się maturą, cicha, otoczona wąskim gronem przyjaciół. Schematycznie i mało oryginalnie. Idźmy jednak dalej. Pewnego dnia za sprawą szmacianej lalki ukrytej pod kanapą w jednej z szkolnych sal Anna i Abel po raz pierwszy nawiązują coś na kształt nic niezobowiązującej konwersacji. Właścicielką lalki okazuje się młodsza siostra chłopaka, nad którą sprawuje opiekę. Wówczas do Anny dochodzi, że ten na pozór szorstki w obyciu chłopak skrywa w sobie tą drugą - bardziej ludzką twarz. Dziewczyna zaintrygowana tym faktem postanawia śledzić tajemniczego Abla, zwanego w szkole polskim handlarzem pasmanterią. Poszukiwania (co warto zaznaczyć odbywające się na zwykłym rowerze, a nie jakąś wypasioną furą, jak to zwykle w amerykańskich wytworach bywa) doprowadzają ją do studenckiej stołówki, gdzie ukryta pod połami zwiewnego szala po raz pierwszy usłyszy baśń o Królowej Skał, której mała wyspa ulega zniszczeniu zmuszając ją tym samym do wyruszenia w pełną przygód podróż, wraz z towarzyszącym jej morsem.
 Z biegiem wydarzeń czytelnik, oraz sama Anna dowiaduje się, iż baśń jest niczym innym jak rzeczywistością przepuszczoną przez pryzmat magicznego świata. Bo jakże inaczej można wytłumaczyć sześcioletniemu dziecku, iż jej matka zniknęła bez wieści, jeśli nie poprzez nagłą katastrofę w bajkowym świecie; jak ustrzec ją przed biologicznym ojcem, pragnącym ją skrzywdzić, jeśli nie ukazując go jako potwora pragnącego wykraść serce małej królowej? Sprawy komplikują się jednak, gdy negatywne postacie zaczynają ginąć równocześnie z prawdziwymi ludźmi, na których były wzorowane.

 „Baśniarz” jest książką magiczną. Nie sposób jednoznacznie wskazać w czym tkwi jej siła; niepowtarzalnym klimacie, ukazaniem kontrastu świata, w którym granice już dawno uległy zatarciu, a może elementom baśni, która w pewnym momencie zbyt wyraźnie zaczyna przenikać do świata realnego. Jedno jest pewne, zestawienie tych czynników robi imponujące wrażenie. Autorka wprowadza czytelnika w swój świat powoli dając mu wskazówki, oraz zapowiedzi przyszłych wydarzeń zawoalowane w na pozór nic nie znaczące zdarzenia, zawarte w dedykacji, czy tekście ballady umieszczonej na początku książki.

Autorka zdaje się na każdym kroku igrać z czytelnikiem. Umieszcza swoją historię w zimowej, wręcz baśniowej scenerii, po to tylko aby tym wyraźniej ukazać brutalność świata, która dla wielu staje się areną walki o przetrwanie. Pozwala nam zasłuchać się w słowach baśni, której celem jest dotarcie do szczęśliwego zakończenia, aby po chwili brutalnie uświadomić nam, że rzeczywistość nie ma z tym obrazem nic wspólnego. 

 Wizja świata serwowana nam przez autorkę wydaje się tym bardziej dojmująca, iż obserwujemy ją oczami Anny, która przez większość życia trzymana była pod swoistego typu kloszem. Zderzenie w całkiem obcym światem, w którym obowiązują inne zasady i prawa jest więc dla niej dość niespodziewane. Życie wiedzione przez Abla, tak różne od znanego jej samej, jest dla niej czymś niezrozumiałym, lecz zarazem intrygującym. 

 Pomimo wyeksponowania tego gorszego oblicza świata, w którym granice między dobrem a złem zbyt łatwo ulegają zatarciu, książka jest niezwykle budująca. Tak samo jak skrupulatnie autorka uwydatniała brzydotę, pieczołowicie eksponowała miłość, która rozjaśnia nawet największy mrok. I nie mam w tej chwili jedynie na myśli wątku Abla i Anny, których miłość rozkwitała burząc mury i pokonując wszelkie przeszkody, lecz przede wszystkim uczucia łączącego chłopaka z jego młodsza siostrą Michi. To w jaki sposób starał się zastąpić jej jednocześnie matkę i ojca, zapewnić byt, oraz ochronić przed całym złem sprawiało, iż niejednokrotnie podczas czytania robiło się mi cieplej na duszy.

Rzadko kiedy zdarza mi się utożsamić z bohaterami powieści, iż całkowicie przejmuję ich sposób widzenia. Tak jednak stało się w przypadku „Baśniarza”. Wraz z nią do samego końca odrzucałam wszelkie poszlaki i dowody uznające Abla za winnego zabójstwa, wierząc w jego niewinność. Uwidacznia się przez to siła sugestii autorki, która sprawia, że nie obserwujemy tej historii z boku, lecz poniekąd mimowolnie stajemy się jej uczestnikami. 

 Powieść Michaelis jest doprawdy pełna kontrastów. Potrafi wzbudzić niemały strach na myśl o kondycji współczesnego świata, ulgę, iż nie wychowaliśmy się w wypaczonej rzeczywistości, oraz radość, z faktu że istnieją uczucia, które potrafią pokonać to wszystko i przetrwać. 

Książka wywołała i wciąż wywołuje u mnie niemałe emocje. Niesamowity i niepowtarzalny klimat połączony z nawiązaniami do twórczości Cohena sprawiły, że jeszcze wiele dni moje myśli pochłaniał „Baśniarz”, a najczęściej odtwarzaną piosenką nie wiedzieć czemu stało się „Hallelujah”. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że jest to powieść dla każdego. Książka jest pisana w naprawdę w specyficzny sposób, który dla jednych będzie największym atutem, pozostałych natomiast definitywnie odrzuci.

 Moja ocena: 6