Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 3/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 3/6. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lutego 2015

"Mara Dyer. Tajemnica" Michelle Hodkin

„Mara Dyer. Tajemica” to na pierwszy rzut oka schematyczny młodzieżowy paranormal, na dodatek nie wyróżniający się wybitnym stylem pisania. Autorka jednak już od pierwszych stron próbuje zaznaczyć jego odrębność wśród innych powieści tego gatunku. Na wstępie dostajemy więc oświadczenie protagonistki, iż Mara Dyer to jedynie pseudonim stworzony za namową prawnika, a ona sama jest niebezpieczną osobą, która zagrozić może także nam – czytelnikom. Nuta grozy, połączona z pytaniami „o co chodzi?” i „jak doszło do tej sytuacji?” zachęcają do dalszej lektury.

Przenosimy do domu jednej z przyjaciółek dziewczyny, w którym wraz z koleżankami bawią się tablicą Ouija. Aby zaaplikować sobie dreszczy emocji zadają pytania dotyczące ich śmierci. Odczytana przez nich tajemnicza odpowiedź okazuje się prorocza- kilka miesięcy później dwie z uczestniczek zabawy nie żyją. Dalej jest równie ciekawie – Mara budzi się w szpitalu nie pamiętając, iż znalazła się w nim po tym jak budynek, w którym przybywała z przyjaciółmi, zawalił się. Jej, jako jedynej, udało się ujść z życiem po tym tragicznym wypadku. Wydarzenie to silnie odbiło się na jej psychice, a zespół stresu pourazowego niemalże uniemożliwił dalsze normalne funkcjonowanie. Wszystko zmienia wyprowadzka i oderwanie się od znajomych miejsc. Halucynacje jednak dalej prześladują dziewczynę. Na domiar złego stają się na tyle realne, iż dziewczyna przestaje odróżniać prawdę od realności. A może rzeczy, które widzi przydarzają się naprawdę?

Czytając każdą kolejna stronę miałam wrażenie, że to już gdzieś, kiedyś było - począwszy od charakterystyk bohaterów, przez sposób prowadzenia fabuły, na przedstawieniu życia w typowej amerykańskiej szkole skończywszy. Idąc tym tropem możemy w ciemno zakładać, iż główna bohaterka będzie cichą, na pozór niczym niewyróżniającą się dziewczyną próbującą uporać się z traumą i dręczącymi ją koszmarami. Posiadać będzie wspaniałą, choć trochę nadopiekuńczą rodzinę, jej pierwsze dni w szkole będą ciężkie, a jej towarzyszem w niedoli stanie się osoba tak jak ona lekko wyalienowana ze społeczeństwa. Nie można też zapomnieć o wrogach, których dorobi się już w pierwszym dniu nowego życia, przez zainteresowanie swoją osobą najprzystojniejszego chłopaka w całej okolicy. Jest to tak schematyczne, że aż boli – niestety sprawdza się także w tym przypadku. Podczas wspólnych lekcji z tajemniczym, urodziwym, lekko aroganckim i trzymającym wszystkich na dystans osobnikiem czułam się jakbym czytała powtórkę z lekcji biologii w „Zmierzchu”. To napięcie panujące między nimi, to że wydaje się, iż on ją zna od dawna choć nie miał do tego prawa, w końcu to, że on, boski Noah jest taki wyluzowany, cudowny, lekko hedonistyczny, jednakże z wielkim sercem, obyty w towarzystwie, inteligentny i kochający zwierzęta jest takie ekscytujące nudne! Jak dobrze, że to nie jest romans w czystym wydaniu.

Historia zdaje się, aż ociekać z nadmiaru tajemnic, które czają się na każdym kroku. Rzeczom, które dzieją się wokół Mary brak logicznego wytłumaczenia co przynosi fajny dreszczy emocji brak jednak napięcia, które sprawiłby, że czytelnik byłby autentycznie ciekawy co będzie dalej. A można by go wprowadzić i to w sporych dawkach, gdyż mamy i opisy krwawych śmierci i retrospekcje, które bardzo powoli odkrywają kolejne karty historii wydarzeń w noc tragedii, mamy w końcu samą Marę, której granica między urojeniami a rzeczywistością dość wyraźnie się zaciera. Chwilami przypomina to trochę „Szeptem” – my wiemy, że cos się dzieje, główna bohaterka wie, że coś się dzieje, nie przybliża nas to jednak w żaden sposób do rozwiązania zagadki ”dlaczego?”.

Dużym plusem jest fakt, iż autorka próbuje jednak konsekwentnie dążyć do rozwiązania zagadki wątku romansowego używając jedynie jako tła nie wybijającego się zbytnio na pierwszy plan. Między Noahem i Marą iskrzy, jednak nie jest to aż tak denerwujące jakby mogło się stać gdyby przyćmiło wszystko inne. Wprowadzając tą relację autorka miała jasno określony cel, który przysłużył się do rozwiązania tajemnicy, co sprawia, że główni bohaterowie w naszej świadomości od pewnego momentu nie funkcjonuje już jako para zakochanych, ale równorzędni partnerzy działający w tej samej sprawie.

Ewolucja bohaterki, a raczej jej początki ukazane w końcowych rozdziałach, dają nadzieję, że autorce uda się jednak przestać powielać schematy i stworzyć coś fajnego i wyróżniającego się. Pierwszy tom był jednak jedynie wstępem, przez co nie sposób mówić o nim jako o „wciągającym” czy "emocjonującym”. Po następne tomy raczej nie sięgnę, gdyż to co otrzymałam wystarczyło mi w zupełności. Nie ukrywam, że do lektury zachęciła mnie zniewalająca okładka, która przyciąga uwagę znacznie lepiej niż treść.


Moja ocena: 3

środa, 14 stycznia 2015

"Exitus Letalis" Katt Lett

Od zawsze lubiłam otaczać się słowami. Otulać nimi niczym ciepłym kocem w zimną noc; pozwalać porwać się długim opisom miejsc, zdarzeń, postaci. To właśnie one w dużej mierze stały się dla mnie wyznacznikiem geniuszu autora. Nie zawsze jednak czas pozwala mi zatapiać się w wykreowanym przez pisarza świecie i zniknąć na długie godziny. Dlatego też coraz częściej zaczęłam sięgać po historie obrazkowe. Traf chciał, iż na mojej drodze pojawił się komiks polskiej autorki tworzącej pod pseudonimem Katt Lett.

„Exitus Leatalis” opowiada o młodej psycholog Evie Monroe cierpiącej na narkolepsje, która zostaje oddelegowana przez tajną organizację do Norwegii. Trafia do rezydencji noszącej tajemniczą nazwę „Nilfheim” ( co oznacza królestwo lodu i zimna), gdzie ma spotkać się z 6 mężczyznami naznaczonymi piętnem II wojny światowej. Jakże wielkie jest jej zdziwienie, gdy zamiast kilku starszych panów jej oczom ukazuje się grupa niemalże jej rówieśników. Misja, której się podjęła okazuje się zaskakująca i nieszablonowa. Dzięki swoim zdolnościom  widzenia przyszłych wydarzeń ma odkryć zagadkę ich nieśmiertelności.

Komiks ma tak wiele wad i niedociągnięć, że nie wiem od czego zacząć swoją litanię. Przyjrzyjmy się na początku głównej bohaterce. Eva jest genialnym dzieckiem. W wieku osiemnastu lat skończyła psychologię, ma prawdopodobnie fotograficzną pamięć, gdyż nauczyła się języka Norweskiego w pięć dni. Dodatkowo jest wyjątkowo piękna czym zdobywa serca kilku mieszkańców rezydencji, miła, zawsze uśmiechnięta, pomocna, nieustępliwa, bla, bla , bla. Narkolepsja czyni ją bezbronną przez co w swoich podopiecznych wzbudza ich głęboko ukryte rycerskie odruchy. Wszystko  byłoby w porządku, gdyby komiks nosił choć znamiona realizmu. Młodziutka Eva jest bowiem bardzo papierowa. O większości jej cech jedynie się mówi; sama autorka w żaden sposób nie poczuła się zobligowana przedstawić dowody potwierdzające te opinie. Genialna pani psycholog… błagam.

Dziewczyna nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle swoich rówieśników, a jej wiedza w dziedzinie psychologii wydaje się dość marna. Zważywszy na to, że w jej otoczeniu znajduje się cała masa osób posiadająca różnorakie schorzenia,( których pełną listę znaleźć możemy w przypisach, ale o tym za chwile) mogłaby śmiało wykazywać się większym obyciem. Autorka stara się po za tym kreować swoja protagonistkę na osobę dojrzałą. Czasownik „starać się” ma tu szczególne znaczenie, gdyż Eva zachowuje się jak każda nastolatka na siłę udająca dorosłą.

Prezentowanie zachowań nieadekwatnych do prawdziwego wieku bohaterów jest zresztą chyba domeną Katt Lett. W historii opowiadającej o grupie nieśmiertelnych chłopaków nie powinnam doszukiwać się zbyt dużej dozy realizmu, ale choć kilka rzeczy powinny zostać zachowane i dopasowane do otaczającej nas rzeczywistości. Mieszkańcy Nilfeim, choć mieli ponad dziewięćdziesiąt lat, przeżyli (podobno) piekło II wojny światowej, w „Exitus Letalis” zachowują się jak grupa nastolatków zmagającymi się z burzą hormonów. O ich licznych dysfunkcjach, którymi książka jest naszpikowana postaram się nawet nie roztrząsać. W historii Katt Lett pojawia się tak wiele zaburzeń psychicznych wśród głównych bohaterów, że aż przestałam wierzyć, czy sama autorka miała w tym jakiś wyższy cel, niż zirytowanie czytelnika wyjaśnieniami znajdującymi się na tyłach komiksu.

Sytuację nie poprawiają nawet dialogi, które swoją błyskotliwością lub przyjemną w odbiorze formą potrafiły uratować nawet najdziwniejsze pozycje. Komiks zawodzi także w tej materii. Stanowczo zbyt często miałam wrażenie, iż bohaterowie spędzili o kilka godzin za wiele w internetowej rzeczywistości, gdyż ilość sloganów w wypowiadanych przez nich zdaniach jest zatrważająca. Przeszkadzały mi także przewijające się stanowczo zbyt często wulgaryzmy. Z całą pewnością dialogi nie były najwyższych lotów.

Jest jednak kilka rzeczy wpływających pozytywnie na odbiór tej pozycji. Autorka posługuje się naprawdę ładną kreską, która uprzyjemniała lekturę, komiksu, który zamiast intrygować i bawić (?), irytował i wprawiał w osłupienie nad głupotą bohaterów.

„Exitus Leatalis” to pierwszy tom serii opowiadającej o młodej psycholog mającej rozwiązać zagadkę mieszkańców norweskiej rezydencji. Historia, do której zostaliśmy wprowadzeni może i wydaje się ciekawa, a rozwiązanie zagadki skłania do sięgnięcia po kolejne części ( gdy się pojawią), sposób przedstawienia bohaterów, oraz sytuacji w ich udziale skutecznie jednak mnie do tego zniechęcił.

Moja ocena: 3


niedziela, 15 czerwca 2014

"Samotnia" Charles Dickens

Pewnie każdy z was przechadzając się między bibliotecznymi półkami natknął się kiedyś na tomiszcza ciasno upchnięte między inne dzieła, jakby stało tam od początku istnienia tego miejsca. Pełnią one rolę cichych obserwatorów kolejnych pokoleń, postępów i poszerzania się grona ich pobratymców. Ich grubość przyciąga wzrok, ich podniszczona okładka sprawia, że z chęcią sięgnęliśmy by po aparat i stworzyli klimatyczną fotografię. Pokryta warstwą kurzu wygląda jak eksponat - relikt z zamierzchłych czasów.
 Jedną z nich jest "Samotnia" Dickensa - dzieło niebywale długie (1024 strony, małą czcionką!) i z pewnością tym samym odstraszające potencjalnych zainteresowanych. Osobiście jednak widząc jej grubość postanowiłam zmierzyć się z własnymi lękami i podjąć wyzwanie.
Przyznam szczerze nie była to rzecz dla mnie łatwa zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Podczas czytania doszło u mnie niemalże do zwichnięcia nadgarstka (taki tomik jednak trochę waży), oraz regularnego nawrotu kataru i kaszlu z powodu kurzu tworzącego wokół mnie swoistego typu aurę, wraz z każdym przewróceniem strony. Może i z daleka wyglądałby to magicznie jednak jako uczestnik tegoż wydarzenia szczerze nie polecam.

Przejdźmy jednak do treści.

Główną osią utworu jest niekończący się proces - Jardance przeciwko Jardance dotyczący dość pokaźnego spadku, który jednak od wielu, wielu lat nie doczekał się rozwiązania, oraz nawet jego zapowiedzi. Stał się on przyczyną upadku wielu osób z obu stron procesowych, dla których sąd działał jak narkotyk. Wraz z główną bohaterką Esterą Summerson - dziewczyną o nieznanej przyszłości wychowywanej przez chrzestną matkę, poznajemy kolejne pokolenie spadkobierców. Proces jest jednak jedynie przykrywką do ukazania historii rodziny Jardance, której zawiłe losy poznajemy wraz z biegiem wydarzeń.
 Akcja utworu toczy się na dwóch płaszczyznach  - jako opowiadania Estery, w formie pamiętnikarskiej, oraz odautorskiej narracji dotyczącej pozostałych bohaterów powieści. A tych jak na Dickensa przystało jest całkiem sporo. Wpływa to w dużej mierze na objętość tego tomiszcza, gdyż każda z nich jest dokładnie przedstawiona i omówiona, począwszy od detalów jak np. nawyki śniadaniowe, a na koligacjach rodzinnych cztery pokolenia wstecz skończywszy. Przyznam szczerze, że nie napawało mnie to radością, gdyż o ile chodzi o postacie pierwszo-  i drugoplanowe taki zabieg jest wręcz wskazany, aby czytelnik mógł nawiązać z nimi więź, o tyle w przypadku bohaterów czwartoplanowych jest zbędne. Na tym jednak na koniec. Jeśli ktoś z was kiedykolwiek narzekał na opisy przyrody w "Nad Niemnem" z pewnością po lekturze "Samotni" zmieni swoje zdanie. U Dickensa śnieg nie pada, tylko "z błękitnego nieboskłonu powoli, niby niesiony opiekuńczymi podmuchami wiatru opada w postaci śnieżnobiałego puchu, okrywając ziemski padół". Nie jest to oczywiście dokładny cytat, ale nie wiele w niem przesady.

Ryciny niewątpliwie uatrakcyjniają treść

Wiele osób właśnie za malowniczość w tworzeniu wszelkiego typu opisów ceni sobie najbardziej twórczość Dickensa, jednakże jeśli zajmują połowę 1024 stronicowego dzieła, to jednak troszeczkę za dużo. Szczególnie, że historia sama w sobie nie potrafi przyspieszyć w żaden sposób czytania. Całość więc dłuży się niemiłosiernie. Brakowało tej wartkiej akcji i subtelnego humoru tak dobrze znanego mi z "Dawida Copperfielda". Zamiast tego otrzymałam szczegółową charakterystykę ówczesnego sądownictwa ukazanego poniekąd w krzywym zwierciadle, oraz wielopokoleniowy dramat rodzinny. Jest to może i całkiem ciekawa lekcja historii oraz dowód na to, że mentalność ludzka nie uległa znacznym zmianom nawet jeśli czasy i obyczaje są obecnie całkiem inne, jednak nie potrafiło to przykuć mojej uwagi i szybko ogarnęło mnie znudzenie.
Uwielbiam XIX wieczne powieści ze wszystkim ich rozwlekłymi opisami, starymi obyczajami, niepowtarzalnym klimatem, oraz nonsensami jednak ta książka najzwyczajniej w świecie jest za gruba, a przez to zniechęcająca nawet najbardziej zagorzałych fanów.

Moja ocena: 3

Ach.. te stare książki..

piątek, 5 kwietnia 2013

"Delirium" Lauren Oliver

O"Delirium" Lauren Oliver dowiedziałam się wraz z pojawieniem się na rynku "Pandemonium", czyli drugiej części. Już od pierwszej chwili książka ta wydawała mi się pozycją interesującą. Moją ciekawość dodatkowo podsycały pozytywne opinie i wiszące w powietrzu oczekiwanie na kontynuację, które dało się wyczuć z różnego typu komentarzy. W końcu nieczęsto miałam przyjemność spotkać książkę z tak niekonwencjonalnym pomysłem na fabułę, bowiem w świecie, w którym osadzona została akcja powieci miłość, o przepraszam, amora deliria nervosa, uznawana jest za chorobę o podłożu neurologicznym, którą trzeba bezwzględnie zwalczać. Wraz z nadejściem swoich 18 urodzin ludzie poddawani są specjalnemu zabiegowi, który na zawsze uwolni ich od strachu przed zarażeniem. Lena wciąż czeka na remedium. Przesiąknięta do cna przekonaniami, iż miłość niszczy, a jej jedynym zadaniem jest sprawianie ból z utęsknieniem wyczekuje swoich urodzin. Wierzy, iż później jej życie się ustabilizuje: zostanie wydana za mąż, podejmie prace, urodzi dzieci. Na chwilę przed wyznaczoną datą zabiegu staje się świadkiem akcji odmieńców - ugrupowania żyjącego w dzikiej puszczy której członkowie są zwolennikiem życia w miłości, a na jej drodze staje tajemniczy Aleks, który zacznie odkrywać przed nią prawdziwe oblicze otaczającego ją świata i sprawi, że Lena na własnej skórze przekona się czym jest miłość.
Po przeczytaniu doszłam do niemiłego wniosku, że książka nie spełniła moich oczekiwań. Żeby jednak zbytnio nie zniechęcać innych do tej pozycji, zaprosiłam do dyskusji moją drogą koleżankę Nikę, która stanęła w jej obronie i nie pozwalała mi zbytnio się nakręcać. Oto rezultaty naszej debaty:


Avia: Nie jestem fanką utworów antyutopijnych. Nie potrafią do mnie trafić. Uważam, że wizja przedstawiona przez autorkę została zrównana z poziomem podrzędnych powieści dla młodzieży i tym samym nie jest żadnym wyjątkiem pośród całej masy innych tego typu produktów.

Nika: Wyjątkiem? Cóż jeśli zarzucasz jej brak ciekawego podejścia do świata to się z tobą nie zgodzę.
Avia: Choć pomysł wyjściowy był interesujący, ostatecznie nie jest to nic więcej i nic mniej niż to co zaprezentowały inne książki młodzieżowe. Mamy główną bohaterkę odkrywającą krainę miłości, w której słońce zawsze świeci, przystojnego chłopaka który ją w ten świat wprowadza i przeciwności losu którym muszą sprostać. O czymś zapomniałam?
Nika: Dla mnie jest. Świat bez miłości to to smutna wizja; brak namiętności, matczynej miłości itd. nie jest wesołą wizją. C gorsza wybór takiej drogi nie jest nie możliwy.

Avia: Antyutopie przedstawiają świat, który obrał, jak sama stwierdziłaś, jedną z dróg która w naszych czasach jest niczym więcej jak zwykła abstrakcją. Jednakże proces zakodowania w umysłach ludzi iż miłość jest chorobą, został zapoczątkowany właśnie przez nich samych. Nie potrafię żałować społeczeństwa, które samo popchnęło się w stronę tej wysublimowanej drogi autodestrukcji. A właśnie to chce osiągnąć autorka.
Nika: Źle to odczytujesz. Na samym początku ludzie byli bardzo przeciwni tej możliwości (jednak jak i teraz byli i tacy, którzy oddaliby wszystko by nic nie czuć). Innym problemem jest kwestia sugestii. Grupka u władzy (która najprawdopodobniej nie podała się zabiegowi) chciała mieć kontrole nad światem i tak dalej. Ludzie wierzyli, że dla nich jest to najlepsze rozwiązanie.
Avia: Co nie zmienia faktu, że przystali na ich warunki.
Nika: Sama wiesz jaką siłę mają stereotypy i w gruncie rzeczy sami się nimi kierujemy. Nie zaprzeczysz,że nie kierujesz się czasem reklamą?
Avia: Z innej strony nie sądzisz że władza powinna postąpić trochę inaczej. W końcu miłość popycha ludzi do różnych rzeczy. Czy nie łatwiej byłoby kontrolować społeczeństwo grożąc im bliskim. Strach przed krzywdą na ukochanej osobie byłby raczej silniejszym bodźcem niż... no właśnie brak miłości?
Nika: Ludzie którzy kierują się miłością są w stanie góry przenosić, a tak mieli kontrolę nad zombi, nie mających żadnych celów, marzeń; zombie, którym nie zależy mu na nikim, a pragną jedynie nie odstawiać od reszty. Ale faktem jest, że miłość jest też motorem do popełniania błędów.

Avia: Odeszliśmy jednak trochę od tematu. Stworzyliśmy właśnie podwaliny pod praquel. A co myślisz o bohaterach? Jak dla mnie byli wyjątkowo szaroburzy (czyli jak zombi), aczkolwiek Lena powinna być trochę mniej papierowa
Nika: Idealnym przykładem na to co system robi z ludźmi jest Lena. Robi wszystko co jej każą, ale dzięki Hanie (swojej przyjaciółce) i Alexowi zmienia swoje priorytety. Masz racje, że czegoś jej brakuje. Cóż autorka pisze przeciętnie, więc bohaterzy są nie do końca idealni, ale nie jest tylko dobra szarą myszką. Powiem ci szczerze, że seria tak na dobra sprawę rozpoczyna się dopiero w drugiej części.
Avia: Choć nie powiem żeby "fenomenalny typ pisania"zmuszał mnie do szybszego czytania. Pomimo mojego negatywnego podejścia zauważyłam kilka fajnych posunięć autorki. Fragmenty podręczników i książek rozpowszechnianych w świecie Leny umieszczanych przed rozdziałami, idealnie pokazują jak daleko posunięta była cała propaganda i jak często dochodzi do przekłamania faktów ukazując rzeczy dobre jako złe i na odwrót. Co więcej przykłady tam ukazane bez problemu możemy skonfrontować z interpretacją ich w naszym świeci (np. „Romeo i Julia”). Innym pozytywem jest zakończenie. Intrygujące i zachęcające do dalszego czytania.
Nika: To na pewno plus, ale są i inne mocne strony. Fabuła trzyma się tzw. kupy, czyli nie rozjeżdża się we wszystkie strony, a bohaterowie nie są krystaliczni.
Avia: Co masz na myśli mówiąc krystaliczni? Jak dla mnie to Lena i Alex są 100% pozytywnymi charakterami bez ani jednej zmazy
Nika: Lena? Nie, te jej zapędy systemowe. Alex jest trochę jak dla mnie lalusiowaty.
Avia: To nie jej wina tak została wychowana. Co do Alexa, zgadzam się. To nie umniejsza jednak faktu, że JEST krystaliczny
Nika: Patrz, on oceniał cały świat przez pryzmat siebie; nie umiał postawić się na miejscu Leny, a cała deliria go nie dotyczyła. Nie znał smaku życia w świecie, gdzie wszyscy są manipulowani, gdzie rodzice traktują Cię jak mebel. On tego wszystkiego tak naprawdę nie rozumie. Według mnie ta cała sytuacja mu się nawet podobała.
Avia: Wyzwoliciela uciśnionych?
Nika: Dokładnie.

Podsumowanie:
Nika: Książka nie jest fenomenalna pod każdym względem, lecz czas spędzony na jej czytaniu nie jest dla mnie stracony. Interesujący pomysł wykonany w przystępny sposób. Warto przeczytać i zdać sobie sprawę jak wiele dla nas, ludzi, znaczy miłość.
Avia: Po zważeniu wszystkich za i przeciw dochodzę do wniosku, że choć książka jest kolejną podręcznikową młodzieżową powiastką pozwoliła mi się oderwać na chwilę od rzeczywistości. Być może kolejna część da mi więcej powodów do zadowolenia?

Ocena Niki: 5
Ocena Avii: 3+

Ps. Przepraszamy za chaotyczność wypowiedzi:)

poniedziałek, 11 marca 2013

"Po tamtej stronie ciebie i mnie" Jess Rothenberg

"Po tamtej stronie ciebie i mnie" jest jedną z niewielu książek na mojej półce, która przeleżała dość długo nietknięta czekając na lepsze czasy. Jednak także ona dostała swoją szansę, gdy po długiej walce z zadaniem domowym potrzebowałam czegoś odprężającego i nie wymagającego używania szarych komórek.

Treść:
Poznajcie Brie Edglar, zwykłą piętnastolatkę posiadającą wszystkie przymioty, które wzorowa książkowa nastolatka mieć powinna, a mianowicie: trójkę oddanych przyjaciółek, super odjazdowego i w ogóle cool chłopaka, kochających rodziców, młodszego brata i psa. Słysząc jednakże pewnego pięknego wieczoru słowa: " Nie kocham Cię" wychodzące z ust ukochanego, czuje jakby jej życie skończyło się.  W zasadzie słowo "jakby" nie jest tu potrzebne, gdyż serce Brie pęka na pół (dosłownie (zadziwia mnie kreatywność niektórych autorów)), pozbawiając ją możliwości przybywania dłużej na tym ziemskim padole. Dziewczyna trafia do "Kawałka nieba" - przyjemnej pizzeri ulokowanej gdzieś między jedną, a drugą puchatą chmurką. Spotyka tam Patrica - chłopaka żywcem wyjętego z lat 80., który wprowadza ją w tajniki "życia" Ś.P, czyli ni mniej ni więcej tylko Śwież o Pochowanych, oraz podsuwa pomysł zemsty na nieszczęsnym ex, który doprowadził ją do stanu, w którym obecnie się znajduje. Spokojna jak dotąd dziewczyna daje upływ swojej złości i zaczyna dokonywać zemsty zza światów. Jak nietrudno się domyśleć jej pozaziemska interwencja będzie mieć opłakane skutki...

Książka jest dokładnie taka jak się spodziewałam lekka, łatwa i ( przynajmniej przez większość czasu) przyjemna w odbiorze. Jednak nawet jeśli podejdziemy do całości z przymrużeniem oka zauważymy kilka zgrzytów.
Postacie są wyjątkowo nijakie, główna bohaterka miota się przez większość akcji utworu (co można jej jeszcze wybaczyć - w końcu nie umiera się na co dzień), a jej partner pozuje na typowego chłopaka z tajemnicą, takie "ą" i "ę" niebiańskiego światka. Chwilami jego zachowanie jest wręcz infantylne, co dziwnie kontrastuje z wiedzą, iż wg ludzkich lat ma coś około 45 wiosen. Już na pierwszy rzut oka widać, że autorka sylwetki postaci pierwszoplanowych wzorowane są na tych występujących w książkach typu paranormal romans, oklepanych obecnie do granic możliwości. Pani Rothenberg, nie tędy droga!
Także wizja nieba opisana przez autorkę niezbyt mnie przekonuje. Zbyt podobne jest do naszego świata, który w dzisiejszych czasach ma zbyt mało z boskości. Jeśli tak ma wyglądać życie po śmierci to ja dziękuję.

Jednym z lepszych posunięć autorki jest podział na działy odpowiadające etapom, przez które musi przejść nasza świeżo pochowana, aby osiągnąć spokój ducha, a są to kolejno : Wyparcie, Gniew, Przekupstwo, Smutek, Akceptacja. Dodaje to trochę (troszeczkę) realizmu całej sytuacji, bo w końcu któż z nas potrafi w try mig odnaleźć się w jakimś nowym, zaskakującym nas, położeniu. Cieszę się, że aspekt ten nie został całkowicie pominięty.

Podsumowując, książka na dni całkowitego wyczerpania umysłowego, którą pomimo niektórych dialogów przyprawiających o ból zębów ( widać, że w przeciwieństwie do opisów przeżyć wewnętrznych nie są one domeną autorki) i niekonsekwencji w fabule czyta się naprawdę przyjemnie. Jednakże osoby, które spodziewały się fali wzruszeń i napływu przemyśleń egzystencjalnych mogliby się srogo zawieść.

Moja ocena: 3+

Na deser piosenka luźno powiązana z tematem książki :D



wtorek, 18 grudnia 2012

"Wiek cudów" Karen Thompson Walker

"Ostatecznie zdarzają się nie te katastrofy, których oczekujemy, lecz te, których wcale się nie spodziewamy"

Koniec świata! Nadchodzi koniec świata! Wszyscy zginiemy!

Wpisując w google hasło "koniec świata" mamy możliwość zapoznać się z 11,100,000 proponowanymi wynikami. To niebagatelna liczba; może przestraszyć, szczególnie jeśli żyjemy w 2012 roku - roku cudów. Obecnie zostało kilka dni do końca świata przewidzianego przez majów, a jedyna zmiana, która nadeszła w ostatnich dniach to nagła odwilż. Ale kto wie czy 21 grudnia nie zastanie nas deszcze meteorytów, lub nagły potop? A może wszystko odbędzie się spokojnie, niezauważalnie, w spowolnieniu....

"Wiek cudów" traktuje właśnie o końcu świata.Walker do tematu podeszła jednak niekonwencjonalnie. W jej powieści brakuje nagłych katastrof, wybuchów, spektakularnych efektów. Dostajemy obraz życia na Ziemi, która z nieznanych względów ulega nagłemu spowolnieniu. Pory dnia i nocy wydłużają się, grawitacja przestaje działać według dawnych praw, rośliny usychają, zwierzęta powoli umierają. Człowiek jednak walczy i próbuje dostosować się do nowych warunków; próbuje znaleźć cudowne antidotum na wszystkie anomalie, które na powrót przywróci świat do formy.
Po kilku tygodniach hasło "spowolnienie" znika jednak z afiszy. Doba nieubłaganie wydłuża się, lecz fakt ten przestaje budzić panikę. Staje się czymś zwykłym, normalnym; czymś co zwykli szarzy obywatele muszą po prostu zaakceptować. Gdyż życie toczy się nadal. Ludzie zakochują się, nawiązują nowe znajomości, przyjaźnią się. Pomimo kruchego i niepewnego jutra cięgle istnieje jeszcze "dziś", o którym nie można zapomnieć.

Historia opisana przez Walker doskonale pokazuje, iż człowiek jest w stanie przystosować się do każdej sytuacji. Pomimo apokaliptycznego wydźwięku, dostajemy opis zwykłego życia zwykłych ludzi, choć zmierzających się z trochę inną, niż my sytuacją.

Powieść posiada potencjał, niestety nie jest on w pełni wykorzystany. Czytając słyszałam szelest przewracanych stron, a przed oczami miałam jedynie litery, układające się co prawda w sensowne zadania, nie posiadające w sobie jednak nic, co pozwoliłoby mi prawdziwie zatopić się w lekturze.
Jest to jednak na swój sposób ciepła a zarazem melancholijna opowieść o życiu, któremu po prostu trzeba stawić czoła.

Moja ocena: 3

Tytuł oryginalny: Age of Miracles
Data premiery: 2012-08-08
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Ilość stron: 300

czwartek, 8 listopada 2012

"Gobelin. Księga I. Pies z Rowan" Henry H. Neff

"Pies z Rowan" to pierwsza część trylogii "Gobelin" opowiadająca o przygodach Maxa - dwunastolatka obdarzonego szczególnymi mocami, który trafia do tajnej szkoły - Akademii Rowan. Brzmi całkiem znajomo? Może gdzieś już słyszeliście podobną historię?

Mimo wielu podobieństw z "Harrym Potterem", książka ta nie jest kolejną pseudokopią powieści o czarodziejach. Co ją wyróżnia? Przede wszystkim sam pomysł - nieco oklepany, lecz nadzwyczaj wciągający. Na pierwszy rzut oka - nic szczególnego. kolejny wybraniec, kolejna magiczna szkoła. Wzloty i upadki, miłostki i zabawy. Czym się tu zachwycać?

Mały Max McDaniels żyje spokojnie na przedmieściach Chicago. Egzystowałby w pokoju przez resztę swoich dni, gdyby nie natrafił na pewien stary, celtycki gobelin. Bum! Nagle z cichego chłopca, Max staje się uczniem tajnej Akademii. Oczywiście każdy wie, że szkoła to nie wszystko. Czemu dwunastolatek nie mógłby się wplątać w sprawy dorosłych? Tak zaczyna się największa przygoda w życiu chłopca i jego przyjaciół. Narażanie swojego życia jest przecież takie męskie...

Co urzeka? Cały świat przedstawiony w książce, oparty na wątkach mitologii celtyckiej. Postacie są całkiem przemyślane, choć główny bohater potrafi zirytować. Szczególnym zjawiskiem jest fakt, że główny bohater nie jest chodzącym ideałem, który, jako najsilniejszy z całej Akademii, potrafi pokonać siły zła. Rola ta została przydzielona przyjacielowi Maxa - Davdowi. Widzimy więc oczami bohatera, jak niesamowity, cichy, genialny chłopiec powoli odkrywa swą boskość.
H. H. Neff wykorzystał połączenie zgrabnego języka i prostej fabuły, dzięki czemu książkę da się "połknąć" w jedną zarwaną nockę. Szczególnie miłym aspektem są pupilki uczniów Rowan. Mistyczne stworzenia, które posiadają ludzki rozum nadają nieco przeuroczej infantylności.

A co denerwuje? Max. Ale to tylko moje zdanie. Gusta są różne. Może ktoś pokocha tego bohatera...ale ja na pewno nie.
Książka jest przeznaczona dla młodszych czytelników. Prosta, zrozumiała fabuła, niewiele postaci (żeby broń Boże nikt się nie pogubił!), kilka gagów z niższej półki... to wszystko o dziwo ma swój urok. Akcja rozkręca się dopiero na końcu pierwszego tomu, więc warto przetrwać przez upchane jakby na siłę miłosne problemy Maxa i kilka makabryczniejszych opisów.

"Pies z Rowan" to jedna z książek, do której warto wracać. Jej długość nie stanowi najmniejszego problemu. Szkoda, że nie została porządnie rozreklamowana. Na pewno uszczęśliwiłaby wiele duszyczek...A kto wie? Może kiedyś i ja trafię do takiej Akademii?


Osobista ocena : Mocne 3

Wydawca: Świat Książki
Data premiery: 2009-05-20
Ilość stron: 384
by Blue

sobota, 3 listopada 2012

"Gildia magów" Trudi Canavan

"Gildia magów" rozpoczynająca "Trylogię Czarnego Maga" jest debiutem literackim australijskiej pisarki Trudi Canavan, wydanym w Polsce w 2007.  Rzadko zdarza mi się sięgać po książki z gatunku fantasy, zachęcona jednak licznymi pozytywnymi komentarzami postanowiłam zaryzykować i spróbować czegoś nowego.

Akcja utworu rozgrywa się na ziemiach Kyralii, a dokładniej w mieście Imardin.
Wraz z główną bohaterką - Soneą trafiamy w sam środek rutynowej czystki, mającej na celu oczyszczenie ulic z żebraków, złodziei i ogólnie pojętego pospólstwa. Setki osób pozbawionych dachu nad głową  przemieszcza się, wraz z całym dobytkiem do slumsów, aby wśród powszechnej biedy i ubóstwa ułożyć sobie na nowo życie. Całość przebiega pod czujnym okiem magów, ukrytych za magiczną tarczą, zapewniającą im ochronę i udaremniającą ataki ze strony protestującej ludności. Sonea chcąc dać upust swojej złości związanej z przesiedleniem na znak protesu ciska kamieniem, który ku jej zdumieniu pokonuje barierę i pozbawia przytomności jednego z magów. Pośród członków Gildii zapanowuje chaos - wśród bezdomnych znajduje się nieszkolona magiczka, której moc w każdej chwili może wyrwać się spod kontroli niszcząc ją, oraz całe miasto, a odnalezienie jej, staje się ich priorytetem.

Któż z nas, nie chciałby  znaleźć się choć na chwilę w świecie pełnym magii?  Poznawać jej tajniki, oraz szkolić się pod okiem wybitych magów?

Sonea z całą pewnością nie.
Przekonana o złych zamiarach członków Gildii, wraz z grupą przyjaciół ucieka w samo serce slumsów.

W książce występuje dwubiegowa konstrukcja fabuły. Jednocześnie obserwujemy uciekającą Soneę jak i poszukujących ją członków Gildii, przy czym ciekawszy dla mnie, był właśnie ten drugi wątek.
Slumsy ukazane przez Canavan były dla mnie wyjątkowo nijakie. Ugrzecznienie ich, spowodowane zapewne przystosowaniem książki także do młodszej grupy wiekowej, sprawiło, iż środowisko to nie posiadło pazura. Ciągłe wspominanie o brudzie, biedzie i półświatkach tam występujących, nie sprawiło, że uwierzyłam w to. Co innego świat magów.
Życie w Gildii wraz z obowiązującymi tam zasadami, splendorem napotykany na każdym kroku, oraz magiczną otoczką, wydawało mi się dużo bardziej interesujące, niż życie w biednej dzielnicy. Tam wszystko było żywsze, a przez to bardziej interesujące.

W przypadku postaci obowiązuje niestety taka sama zasada. Mieszkańcy slumsów, tzw. bylcy byli bez wyrazu. Niby każdy z nich posiadał indywidualne cechy, w moich oczach, wszyscy wydawali się jednak jednakowi. Sonea początkowo, także nie odbiegająca od tego schematu, zachowująca się niczym marionetka w rękach lalkarza, z biegiem czasu, na szczęście, przechodzi coś na wzór wewnętrznej przemiany.
Społeczeństwo magów wypadało dużo lepiej na tle tej przepełnionej szarościami papki. Rothen, kojarzący mi się nieodmiennie  z Obi Wan- Kenobim z "Gwiezdnych wojen", pełen ciepła, dobroci i cierpliwości, jego przyjaciel Dannyl, czy pozostali, mają wyraźny rys charakterologiczny. Nie można zapomnieć także o Akkarinie przemykającym niczym cień między stronnicami książki, skrywający tajemnice tak samo mroczne jak kolor jego szaty.

Trudi Canavan pisze łatwym językiem, który dzięki licznym opisom przemawia do wyobraźni. Mocną stroną książki z całą pewnością są jednak dialogi - niewymuszone, stroniące od teatralności. Pomimo dość ciekawego pomysłu zarysu świata, fabuła nie przyprawia o szybsze bicie serca. Toczy się spokojnie, bez gwałtownych zwrotów akcji. Ma to jednak swój urok. Pozycja okazuje się idealna do czytania przed snem, gdy potrzeba wyciszenia i uspokojenia.

"Gildię magów" traktuję jako swoistego typu preludium do pozostałych części. Pomimo wszystkich niedociągnięć autentycznie jestem ciekawa jak potoczy się akcja w kolejnych tomach i z całą pewnością po nie sięgnę.

Moja ocena: 3+ 

Wydawnictwo: Galeria Książki
Data premiery: 2007-10-19
Ilość stron: 520


wtorek, 23 października 2012

"Jutro. Nie ma już żadnych zasad" John Marsden

Wśród całej  masy paranormal romans, czy tak modnych w ostatnich czasach antyutopiach, książka ta jest niczym powiew świeżości. Porusza temat, który z jednej strony jest wciąż aktualny, z drugiej jednak traktowany jako coś, co nas nie dotyczy. Wojna - bo o niej tu mowa wraz z całą jej niesprawiedliwością, okrucieństwem i niepewnością o jutro jaką ze sobą niesie,  jest głównym wątkiem książki Marsdena. 

Narratorem wydarzeń jest Ellie - młoda dziewczyna, która wraz z paczką znajomych wyrusza na wyprawę w góry, zmierzając do miejsca zwanego Piekłem; obszaru przepełnionego pięknem przyrody oraz tajemniczymi opowieściami, gdzie grupa nastolatków może odetchnąć od codziennego życia, szkoły i ciążących na nich obowiązków.Nie zdają sobie jednak sprawy, że dopiero po powrocie z wycieczki trafią do prawdziwego piekła. Dotąd tętniąca życiem okolica staje się nagle niepokojąco cicha, zaniedbane lub już martwe zwierzęta,  pozostawione są same sobie;  w oczy rzuca się całkowity brak ludzi, a po głowie kołacze się jedno pytanie "Co się wydarzyło?".

"Okazało się, że naszego świata już nie ma.
Że nie ma już żadnych zasad.
A jutro musimy stworzyć własne."


W ciągu jednej chwili z beztroskich nastolatków muszą przemienić się w ludzi odpowiedzialnych za swoje czyny i będącymi w stanie przewidzieć ich skutki w przyszłości. Jeśli nie dorosną - zginą. Świat, który tak dobrze znali legł w gruzach, pozostawiając po sobie jedynie zgliszcza. Sami muszą zbudować swoją przyszłość, cegła, po cegle. Kluczem do przetrwania jest wzajemne zaufanie i wsparcie, które przezwyciężyć musi jednak różnice charakterów, poglądów czy temperamentów. Ich nową ojczyzną staje się Piekło, które o ironio, jest miejscem bezpiecznym, odciętym od prawdziwego piekła, które ich otacza.

Książkę cechują wyjątkowo dobrze skonstruowane postacie. Każda z nich jest inna; każda inaczej reaguje na narzuconą im sytuację. Wojna zmienia jednak ich wszystkich, popycha do rzeczy, które w czasach pokoju wydawały się niewyobrażalne; uwalnia cechy charakteru, o których pokładach nie mają pojęcia, dając siłę do walki lub jej pozbawiając. Pokazuje, iż nigdy nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć swoich zachowań czy reakcji.

Główni bohaterowi, zamknięci w niedostępnym miejscu w górach, niczym w prywatnej twierdzy, nie potrafią pozostać biernymi. Rzucają się w wir wydarzeń, za cel nadrzędny uznając powstrzymanie inwazji na tereny rodzimej Australii. Stają się pełnoprawnymi członkami tego spektaklu; mini armią działającą na własny rachunek i po własnej myśli - trzeba przyznać jednak, że skutecznie.

Pomimo ciekawej fabuły, postaci i całej otoczki swoją przygodę z tym cyklem skończyłam po 3 części ( całość obejmuje siedem tomów. Ostatnia miała swoją premierę w tym miesiącu). Dlaczego? Powodem mojej rezygnacji były przydługie opisy. Często nie potrafiłam przez nie  przebrnąć. Każda akcja skrupulatnie opisywana, dla mnie - osoby, której nie kręcą działania wojenne, była męczarnią. Dialogi zostały niemalże całkowicie zepchnięte poza margines; pojawiały się jak na lekarstwo.
Zbyt mała ilość przerywników, nadających zazwyczaj lekturze lekkości, sprawiła, że całość mnie przytłoczyła.
Jednakże, choć w praktyce nie zaczytuje się w kolejnych tomach, historia jest na tyle interesująca, iż z ogromną ciekawością słucham opowieści mojej koleżanki, która postanowiła, w przeciwieństwie do mnie dobrnąć do końca.

Jest to jedna z książek, które po odłożeniu nie dają o sobie tak szybko zapomnieć. Wizja przedstawiona przez Marsdena wydaje się realna , a co za tym idzie przerażająca.
Co stałoby się jeśli nasz kraj zostałby zaatakowany przez wrogie wojska, a ty jako jeden z niewielu ocalałbyś? Czy miałbyś siłę przeciwstawić się i stworzyć samodzielnie nowe jutro?

Moja ocena: 3

Wydawnictwo: Znak
Data premiery: 2011-04-06
Tłumaczenie: Anna Gralak
Liczba stron: 272